19 kwietnia 2021

Wychowankowie - wprowadzać czy wypożyczać? „Nie są gotowi, są dziećmi”

Nenad Bjelica i Tymoteusz Puchacz | foto: Damian Garbatowski / Oskar Jahns

Kilka dni temu Nenad Bjelica przy okazji 500. meczu na ławce trenerskiej udzielił obszernego wywiadu serwisowi germanijak.hr podsumowującego swoją dotychczasową karierę. Nie obyło się bez wątku wokół Lecha Poznań, a szczególnie nakłaniania go do gry klubowymi wychowankami.

Memento Poznań

W rozmowie z chorwackim serwisem szkoleniowiec przytaczał różne historie z jego pobytu przy Bułgarskiej. Padł więc wątek znienawidzonego przez niego systemu VAR, ale Bjelica przede wszystkim odniósł się do filozofii prowadzenia klubu, jaka aktualnie preferowana jest w Kolejorzu

- Nie dzielę graczy na starych i młodych, ale na tych, którzy mogą i tych, którzy nie mogą. Może być więc jeden gracz, który ma 31 lat i da więcej, niż niektórzy młodzi piłkarze w wieku 20 lat i odwrotnie. Nie jestem zwolennikiem gry młodych zawodników tylko ze względu na wiek. Muszą na to zasłużyć - przyznał 49-latek.

- Nie tylko w Dinamie, nie tylko w Osijeku. Byłem w polskim Lechu Poznań i mieliśmy młodą drużynę w IV lidze, a klub chciał grać młodymi zawodnikami. Walczyliśmy o mistrzostwo, a oni prosili o grę młodymi zawodnikami, którzy zajmowali ósme miejsce w IV lidze. Czy to realistyczne? - dodał.

Trudne, ale cenne wspomnienia

Powrót myślami do czasów Bjelicy to dla kiboli Kolejorza zawsze nieprzyjemne wspomnienia z rundy finałowej sezonu 17/18. Po tych słowach Bjelicy niestety zmuszeni jesteśmy cofnąć się w czasie i przeżyć to jeszcze raz, na szczęście tylko wirtualnie. 

Do 31. kolejki sezon układał się idealnie. Jak mawia klasyk - „myśmy mieli autostradę do mistrzostwa”. Pierwsza porażka (z Korona Kielce) od ponad roku na domowym boisku była zaczątkiem lawiny problemów, na jakie natrafili wtedy podopieczni Bjelicy. 

Jeżeli faktycznie więc Chorwat proszony był o promowanie wychowanków w okresie zwyżki formy drużyny, którą to udało się wypracować, łatwo można wysnuć dosyć daleko idące wnioski, jakoby to były trener m.in. Dinama Zagrzeb miał rzucane kłody pod nogi ze strony zarządu. 

Sunąc po mistrzowskiej autostradzie kłody te mogły siać wyjątkowo duże zniszczenie. Warto zauważyć, że Bjelica nie wymienia problemów w komunikacji z zarządem jako główny czynnik powodujący wykolejenie się prowadzonej przez niego lokomotywy. Po czasie sam przyznał, że jego zespół nie wytrzymał presji, którą to sam podsycał na przykład ciszą medialną. Zabrakło także... szerokiej kadry i jakościowych zmienników. 

Problem bezwarunkowy

Ostatnie zdanie możemy wyciąć i wklejać w każdy artykuł traktujący o genezie nieudanej rundy Lecha Poznań z dowolnego sezonu. Wąska kadra i brak zmienników to problemy, które od zawsze trapią Kolejorza. Co najmniej od 2012 roku Lech nie potrafi przekuć przebłysku i delikatnej przewagi w sukces. Jako problem zawsze przewija się kwestia wąskiej kadry. 

W Lechu rozwiązaniem zawiłej łamigłówki mieli być wychowankowie. Kadra celowo nigdy nie jest wystarczająco szeroka, po to, aby nie betonować miejsca dla młodych piłkarzy. Po wywiadach, które udziela Bjelica da się zauważyć, że to właśnie ta kwestia była największą kością niezgody na linii trener-zarząd. 

Posucha młodych adeptów przyczyną katastrofy?

Bjelica w 35 meczach ligowych, w których prowadził drużynę Lecha w sezonie 2017/18, sięgnął raptem po czterech młodzieżowców. Był to Robert Gumny, który grał praktycznie w każdym meczu pod skrzydłami chorwackiego szkoleniowca, a także wchodzący z ławki Kamil Jóźwiak. Obecny trener NK Osijek do pierwszej drużyny wprowadzał również Tymoteusza Klupsia, który sezon zakończył ze sześcioma występami w lidze. Kilka minut w meczu z Wisłą Kraków złapał też Jakub Moder. 

Nieposiadający wtedy konkurencji Robert Gumny królował na prawej obronie, stąd te statystyki młodzieżowców są w istocie zawyżone, bowiem Bjelica przed grą młodymi piłkarzami bronił się jak tylko mógł. Tym sposobem kibice zamiast na przykład debiutu Puchacza mogli podziwiać poczynania Situma na lewej obronie. Gumny zimą 2018 roku miał opuścić szeregi Kolejorza, ale jego transfer spalił się na panewce. Gdyby jednak transakcja została sfinalizowana, w jego miejsce musiałby sprowadzony zostać następca, więc tych minut wychowanków byłoby zdecydowanie mniej. 

Szybko i tanio? Nigdy nie znaczy dobrze

Takie jednak są przekonania trenera. Według filozofii wyznawanej przez Chorwata młody zawodnik najpierw musi zasłużyć na swoją szansę ciężką pracą, dopiero potem powinien otrzymać szansę na pokazanie się i walkę o coraz to więcej minut. 

- Kluby i ich oczekiwania są czasem mało realistyczne. Myślę, że w Dinamie idealnie tak, jak powinienem, dawkowałem Josko Gvardiola. Wprowadziłem go trochę w seniorską piłkę nożną, pokazał progress i nadeszła chwila, w której był gotowy, aby więcej grać i więcej pokazywać - wspominał w rozmowie.

- Życie pokazało historię wielu takich młodych zawodników, którzy na siłę byli promowani w wieku 16, 17 lat i zostali spaleni przez presję rodziny, publiczności i klubu. Nie są gotowi, są dziećmi.

Dwie drogi - jeden wybór 

Drogę, o której mówi Bjelica, przeszli na przykład Jan Bednarek, Jakub Moder, Kamil Jóźwiak, Robert Gumny, Michał Skóraś, czy Tymoteusz Puchacz. Czwórka z nich gra w najsilniejszych ligach europejskich. Co najważniejsze - rzeczywiście grają, a nie noszą wodę na meczach. 

Dla Michała Skórasia bieżący sezon jest dopiero pierwszym pełnym po powrocie z wypożyczenia, więc naturalnie potrzebuje jeszcze czasu na nabranie doświadczenia, o którym mówił Bjelica. Puchacz natomiast jest już jedną nogą w Bundeslidze, gdzie o występy będzie walczył prawdopodobnie w Unionie Berlin. 

- Najłatwiej jest umieścić w Lidze Mistrzów kogoś w wieku 18 lat. A co, gdy znika po trzech miesiącach? Zrobiło się mu przysługę, czy krzywdę? Faworyzowanie młodzieży nie jest dobre dla klubu, drużyny, czy hierarchii w zespole. Finalnie szkodzi to też samym zainteresowanym - przyznał chorwacki szkoleniowiec. 

Tutaj można postawić historie Kownackiego, Linettego, Kędziory czy Marcina Kamińskiego, którzy to nie zaliczali wypożyczeń do innych zespołów. Wszyscy ci jednak, zdaje się, że pewnego poziomu nie przeskoczą, mimo że występują w solidnych zespołach czołowych lig europejskich. Będąc wiernym swoim wcześniejszym słowom - przed Kownackim, Kędziorą, Kamińskim i Linettym raczej nie stoi podobna kariera, jak przed Bednarkiem, Moderem czy Jóźwiakiem. Przynajmniej na tym etapie.

Czytaj też 👉 Nika Kwekweskiri nie powiedział ostatniego słowa. Powalczy o pozostanie w Lechu

Historia Marchwińskiego swoistą exemplą?

Koronnym zaś nazwiskiem jest Filip Marchwiński. Wielki talent wprowadzany do pierwszej drużyny w wieku 16 lat ma na swoim koncie ponad 60 występów w jedynce. Dzisiaj na boisku nie przypomina w żadnym stopniu tego Filipa, którego zauważył Adam Nawałka. 

Śledząc jego występy widać, że presja, jaka spadła na nastolatka, przygniotła mu barki. Włoscy menadżerowie, najmłodszy strzelec bramki w XXI wieku w niebiesko-białych barwach, gol z Legią, status najjaśniejszej perełki polskiego futbolu. Wypełnia to scenariusz, o którym mówił Bjelica dla chorwackich mediów. 

Przykład Marchwińskiego nasuwa się pytanie, co powinien zrobić Lech z wychowankami, którzy już teraz dobijają się do pierwszego skład? Z jednej strony może ich grywać od początku w pierwszej drużynie i liczyć na anomalie w stosunku do tego, co pokazuje życie. Z drugiej zaś będąc nauczonym historiami Modera, Jóźwiaka i Gumnego, może spokojnie wdrażać młodych adeptów sztuki piłkarskiej od wypożyczeń zaczynając. Historie piłkarzy jasno pokazują, która z tych opcji wydaje się bardziej stabilna.


0 komentarze:

Publikowanie komentarza