8 stycznia 2021

Wychowanek Warty marzy o Bundeslidze. "Takiemu klubowi jak Borussia się nie odmawia"

foto: Krystian Woźniak / Archiwum prywatne

Krystian Woźniak swoją przygodę z piłką nożną rozpoczynał w Warcie Poznań, w wieku 18 lat wyjechał do Niemiec a obecnie jest bramkarzem drugiej drużyny Borussii Dortmund. W rozmowie z Mateuszem Włodarczykiem podsumowuje rok 2020 w swoim wykonaniu, a także zdradza kulisy swojego transferu między odwiecznymi rywalami, czyli Schalke i Borussią Dortmund.

Mateusz Włodarczyk, aosporcie.pl: - Jak oceniasz rok 2020 w swoim wykonaniu pod względem sportowym?

Krystian Woźniak, bramkarz drugiej drużyny Borussii Dortmund: - Jakbym miał wystawić sobie szkolną ocenę za ten okres, to myślę, że byłaby to czwórka z plusem. Początek roku mega fajnie się układał, wywalczyłem sobie miejsce w bramce (jeszcze wtedy w Schalke). Gdyby patrzeć na ostatnie mecze, które zagrałem, myślę, że były na całkiem przyzwoitym poziomie. Później niestety przyszła pandemia, więc nie dograłem sezonu do końca, czego mi trochę szkoda, bo mieliśmy fajna ekipę i z meczu na mecz byliśmy coraz lepsi. W międzyczasie trzeba było oczywiście dbać o siebie, żeby się nie zapuścić i systematycznie wykonywać plan jaki nam dali, a dla mnie jako bramkarza bieganie praktycznie cztery razy tygodniu, delikatnie mówiąc, nie jest ulubionym treningiem... 

- A potem zamieniłeś Schalkę na Borussię Dortmund?

- Tak. Potem zaczęła się przygoda z BVB i tutaj myślę, że pomimo braku meczów w rundzie jesiennej, bardzo się rozwinąłem. Zarówno pod względem taktycznym, jak i technicznym, choć oczywiście jestem świadomy tego, że żaden trening nie zastąpi meczu. Natomiast twierdzę i tak, że z ostatniego pół roku wycisnąłem sto procent, ale mimo to jestem jeszcze bardzo nienasycony. Dlatego w ogólnym rozrachunku za rok 2020 wystawiłbym sobie maksymalnie właśnie tę czwórkę z plusem.

- Jak wyglądała Twoja rzeczywistość w tych pierwszych miesiącach pandemii - od marca do maja - treningi w domu i zero wychodzenia z domu, czy na niższym poziomie rozgrywek w Niemczech przepisy nie były aż tak rygorystyczne?

- Od początku każdy podejrzewał, że coś jest na rzeczy i że w każdej chwili zarówno treningi, jak i sezon mogą zostać zawieszone ze względów sanitarnych. Nikt nie wiedział jednak, kiedy to nastąpi.

- Jakoś w połowie marca mieliśmy spotkanie z trenerami i dyrektorem sportowym, wtedy też zostaliśmy poinformowani o tym, że do końca miesiąca na pewno nie będziemy trenować i dostaniemy indywidualne plany treningowe na ten czas. Później wszyscy śledziliśmy sytuację w kraju i decyzje polityków dotyczące rozgrywek piłkarskich i tak naprawdę cały czas przygotowywaliśmy się tak, żeby w każdym momencie być gotowi do gry – i tutaj mówię nawet o meczu w Bundeslidze, bo na tamten czas nikt nie wiedział, jak będzie wyglądała sytuacja w pierwszej drużynie. Ostatecznie lockdown i nasz tzw. homeoffice przeciągał się z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc i tak, jak wspomniałeś, do końca maja siedzieliśmy w domu. Realizowałem wtedy indywidualny plan treningowy. Dopiero 1 czerwca wróciliśmy do treningów, które i tak polegały wyłącznie na tym, żebyśmy mogli mieć piłkę przy nodze, bo liga była już na 99% odwołana, także każdy na tych treningach pracował i patrzył tylko na siebie, żeby w następny sezon wejść w pełni sił i bez żadnych kontuzji.

- Jak się czułeś przechodząc z Schalke do Borussii? Możesz nam trochę zdradzić, jak wyglądał ten transfer od kuchni? Wiemy, że gdyby do takiej zmiany doszło na poziomie pierwszych drużyn, to z pewnością wzbudziłby on wiele emocji wśród kibiców obu drużyn.

- Do końca czerwca zeszłego roku miałem ważny kontrakt z Schalke i mimo dużego zadowolenia ze strony klubu w związku z moją osobą oraz mimo zapewnień, że chcą ze mną przedłużyć kontrakt o minimum rok to, ze względu na sytuację związaną z COVID-em, rozmowy na temat mojej umowy były cały czas odkładane, na co wpływ miały również wewnętrzne problemy klubu. Niestety, naprawdę długo czekałem na jakąś poważną ofertę, jednak jedyne co otrzymałem, to puste, jak się okazało, obietnice i zapewnienia, że na dniach dostanę ofertę nowego kontraktu. W międzyczasie pojawiła się propozycja z Dortmundu. Moim zdaniem, jeśli Borussia sama się do ciebie odzywa, to tak wielkiemu klubowi po prostu się nie odmawia. Dlatego też nie zastanawiałem się nawet przez chwilę, gdy się o tym dowiedziałem. Sytuacja w Schalke tylko ułatwiła mi tę decyzję. Także Schalke to już historia, teraz jestem w BVB, z czego jestem bardzo zadowolony. A co do emocji kibiców - dostałem kilka wiadomości od fanów z Gelsenkirchen, w których wyrazili swoje niezadowolenie.

- Jak mocne w skali 1-10 były te wiadomości (1 - nazywanie słabym bramkarzem, 10 - grożenie śmiercią) Starałeś się im wytłumaczyć swoją decyzję, czy raczej nie przejąłeś się tymi wiadomościami?

- Myślę, że taka 3-4, ale nic takiego, czego powinienem się obawiać i w sumie nie przejąłem się jakoś bardzo tymi wiadomościami, bo gdzieś z tyłu głowy miałem takie myśli, że kilka negatywnych komentarzy może się pojawić. Najważniejsze, że nikt z moich bliskich nie dostał żadnych głupich wiadomości i wszystko rozeszło się po kościach. 

foto: Krystian Woźniak / Archiwum prywatne

- Myślisz, że ten transfer przybliżył cię do Twojego celu-marzenie, jakim jest Bundesliga? 

- Myślę, że tak. W BVB mam poczucie, że wszystko jest bardziej profesjonalne. Oczywiście w Schalke nie było dosłownie na co narzekać, jeżeli chodzi o organizację, infrastrukturę itd. Największa różnica moim zdaniem jest taka, że w BVB jesteś traktowany jak „Pan Piłkarz” i nie musisz się praktycznie niczym przejmować. Swoją drogą współczuję młodszym chłopakom, bo odbieranie od nich niektórych obowiązków nie przygotuje ich do „normalnego” życia. W Schalke czasami pojawiały się niezrozumiałe decyzje w kilku kwestiach, ale to już zostawię dla siebie.

- Jak wygląda współpraca między pierwszą a drugą drużyną Borussii Dortmund? Często zdarza wam się trenować razem z zawodnikami pierwszego zespołu, czy są to dwa osobne byty pod marką BVB?

- Współpraca jest bardzo dobra, ponieważ nie raz chłopacy, którzy na co dzień trenują z pierwszą drużyną, w dni meczowe schodzą do nas i grają, żeby złapać trochę minut i przede wszystkim boiskowego doświadczenia. Natomiast jeżeli chodzi o chłopaków z U-23, to z reguły jeżeli jest taka potrzeba, to są brani właśnie do pierwszego zespołu po to, by uzupełnić ewentualne braki na danych pozycjach podczas treningu. Problem jest niestety taki, że przez pandemię każdy, kto idzie na trening do pierwszego zespołu musi zrobić test laboratoryjny, a to się wiąże z dwu- lub trzydniową przerwą od treningów z drużyną, bo z reguły tyle się czeka na wynik. Niestety ja na tym trochę tracę, bo póki co obsada bramkarzy w pierwszej drużynie jest pełna i nie miałem jeszcze okazji, żeby się pokazać, ale czuję, że ten moment jest coraz bliżej.

- Nowy rok to czas nowych postanowień i wyzwań. Chcesz się z nami podzielić, chociaż częścią z nich? Zwłaszcza, że to Twój ostatni sezon, kiedy łapiesz się do U-23, prawda?

- Tak, to prawda to już mój ostatni sezon w tej grupie wiekowej. Moje postanowienia na ten rok to przede wszystkim zrobić wszystko, żebyśmy razem z żoną oraz rodziną w Polsce byli zdrowi, bo to się w dzisiejszych czasach liczy najbardziej. Co do wyzwań sportowych, to nie chcę wybiegać za daleko w przyszłość, wolę żyć teraźniejszością, a największe wyzwanie teraźniejszości jest takie, żeby każdego dnia dawać z siebie sto procent i z dnia na dzień stawać się lepszym sportowcem, jak i człowiekiem. 

Czytaj też 👉 Były piłkarz Warty gra w Szwajcarii. "Sukces tutejszych klubów leży w mentalności ich władz" 

- Teraz nieco bardziej ekspercko. Jak oceniasz sytuację kadrową w Lechu Poznań, jeśli chodzi o bramkarzy? Gdybyś był trenerem golkiperów w Kolejorzu, kogo byś polecił do bramki trenerowi Dariuszowi Żurawiowi? Mickey Van der Hart czy Filip Bednarek? Wśród kibiców panuje przeświadczenie, że obydwaj panowie są, delikatnie mówiąc, przeciętni.

- Nie chcę oceniać innych bramkarzy, nie mając żadnego doświadczenia w polskiej Ekstraklasie. Zawsze łatwo jest ocenić kogoś, jak się patrzy na to wszystko z boku. Myślę, że gdybym miał już z 200 meczów ekstraklasowych na koncie, to miałbym większe prawo do tego, żeby wyrazić swoje zdanie na ten temat.

- Gdybyś dostał ofertę pracy z Warty Poznań, obecnie beniaminka Ekstraklasy i klubu, którego jesteś wychowankiem. Jaka by była Twoja reakcja?

- Szczerze to nie wiem, myślę, że wszystko zależałoby od oferty, jaką bym dostał. Jednak póki co chciałbym jeszcze przez kilka lat grać i dalej rozwijać się w Niemczech.


Mateusz Włodarczyk
 @mtwlodarczyk
📷 Krystian Woźniak / Archiwum prywatne

0 komentarze:

Publikowanie komentarza