11 stycznia 2021

Wicemistrzowie świata wciąż bez gwiazdy przy Bułgarskiej. Różne losy Chorwatów w Lechu

foto: Anders Henrikson, Przemysław Szyszka, Marcin Rajczak

Antonio Milić w niedzielę został oficjalnie siódmym chorwackim piłkarzem Lecha Poznań w jego historii. Środkowy defensor spróbuje teraz przełamać passę kompletnie nieudanych transferów zawodników z kraju wicemistrzów świata.

Zacznijmy od pierwszego z nich, jak się wydaje tego, który sprawdził się w Lechu najlepiej. Ivan Turina trafił do poznańskiego klubu latem 2008 roku. Bramkarz wystąpił w 22 spotkaniach reprezentując niebiesko-białe barwy. W Lechu najbardziej zapamiętany został z tego, że został bohaterem Kolejorza, kiedy to w półfinałowym meczu Pucharu Polski z Polonią Warszawa w sezonie 2008/09 obronił dwa rzuty karne oraz w umiejętny sposób zdekoncentrował Radosława Majewskiego, który nie trafił w bramkę. Chorwacki bramkarz dał Lechowi finał i do końca sezonu nie oddał miejsca w bramce. Dzięki temu mógł świętować swój jedyny sukces odniesiony na polskich boiskach, czyli pokonanie Ruchu Chorzów 1:0 i wygranie krajowego pucharu.

Ostatecznie licznik Ivana Turiny zatrzymał się na 25 meczach w barwach Lecha, w tym 12 ligowych. Ciekawostką może być fakt, że gdy Turina bronił dostępu do bramki Dumy Wielkopolski w lidze, ten nie przegrał ani razu. Kolejny sezon był jednak dla zawodnika bardzo nieudany. Do klubu trafił Grzegorz Kasprzik, więc zdecydowano się pożegnać z Ivanem Turiną, który wrócił do Dinama Zagrzeb. Golkiper trafił później do szwedzkiego AIK Solna, z którym udało mu się wyeliminować Lecha z eliminacji do Ligi Europy w 2012 roku. Niestety, w 2 maja 2013 świat obiegła informacja o wczesnej śmierci Ivana Turiny. Chorwacki bramkarz miał wrodzoną wadę serca, która równocześnie nie uniemożliwiała mu uprawiania zawodowo sportu, jednak ostatecznie to prawdopodobnie ona okazała się dla niego śmiertelna. Dwa dni po jego śmierci ligowy mecz Lecha z Wisłą Kraków poprzedziła minuta ciszy, a piłkarze wybiegli na boisko z czarnymi opaskami na ramieniu.

Kolejnym Chorwatem w Lechu był środkowy pomocnik, Gordan Golik. Do Poznania trafił zimą 2008 roku z Varteksu Varażdin za 250 tysięcy euro, ale nie został zapamiętany przez sympatyków Kolejorza z dobrej strony. Na wiosnę 2009 roku nie wystąpił ani razu, gdyż ówczesny szkoleniowiec Lecha, Franciszek Smuda, skreślił go już podczas przygotowań zespołu do rundy wiosennej. Kiedy trenerem został Jacek Zieliński, Golik doczekał się swojej szansy, której nie wykorzystał. W lidze dwa razy spotkania rozpoczął w podstawowym składzie, ale za każdym razem zawiódł. W meczu z Jagiellonią w Białymstoku doszło nawet do takiej sytuacji, że przed upływem pół godziny gry został zmieniony.

Szala goryczy się przelała, więc Lech zdecydował o odesłaniu piłkarza na wypożyczenie. Golikowi zaproponowano przejście do belgijskiego Cercle Brugge, a potem także do chorwackiej Rijeki. Piłkarza to jednak nie satysfakcjonowało. Wprawdzie chciał odejść, ale tylko do swojego poprzedniego klubu. Varteksu nie było jednak stać nawet na wypożyczenie Chorwata, który w sezonie 2009/2010 mógł zapomnieć o grze nawet na poziomie Młodej Ekstraklasy. Golik po zakończeniu przygody z Lechem tułał się po słabszych klubach w Chorwacji, ale nigdzie nie zagrzał miejsca na dłużej.

Zima 2016 roku - wtedy do Lecha trafił Elvis Kokalović, jak jeden z zaledwie pięciu środkowych obrońców sprowadzonych za ery rodziny Rutkowskich właśnie w przerwie w trakcie sezonu. O defensorze można jednak co najwyżej powiedzieć, że był w kadrze Dumy Wielkopolski. Zanim zadebiutował, doznał kontuzji. Piłkarz więcej czasu spędził w gabinetach medycznych niż na treningach Lecha, w którym ostatecznie nigdy nie zagrał. Jak się okazuje Chorwat wciąż nie gra w piłkę, mimo że od 2019 roku jest piłkarzem NK Novigrad. Można powiedzieć, że jego kontuzje zamknęły mu drogę do gry w piłkę.

Na kolejnego chorwackiego zawodnika kibice Kolejorza musieli poczekać zaledwie pół roku, kiedy to na Bułgarską trafił Mario Šitum. Skrzydłowy został wypożyczony z Dinama Zagrzeb, a wszystko za sprawą trenera Lecha, którym był wówczas Nenad Bjelica - obok Turiny najlepiej wspominany Chorwat, który pracował w Poznaniu. Šitum ze względu na swoje wysokie umiejętności techniczne był typowany na gwiazdę Ekstraklasy. Początki Chorwata w Lechu były naprawdę udane, ale później, również z powodu kontuzji, forma piłkarza spadała poniżej oczekiwań kibiców. Wiosną 2018 roku tylko w meczu z Jagiellonią (5:1) udało mu się zagrać zaledwie jedno bardzo dobre spotkanie, kiedy to popisywał się swoimi umiejętnościami w dryblingu. Jego bilans w Lechu to 29 meczów, cztery bramki i cztery asysty. Kibice przy Bułgarskiej zapamiętają Šituma przede wszystkim jako zawodnika, który przez problemy zdrowotne nie rozwinął się na tyle, na ile powinien. Šitum obecnie jest piłkarzem włoskiej Regginy, która występuje na poziomie Serie B. Gra tam regularnie, ale wciąż nie jest zbyt skutecznym piłkarzem - w 13 spotkaniach zdobył jedną bramkę.

Kolejny piłkarz z Chorwacji trafił do Poznania latem 2019 roku. Powiedzieć, że Karlo Muhar to niewypał transferowy, to jak nic nie powiedzieć. Fani Kolejorza byli poirytowani grą chorwackiego zawodnika do tego stopnia, że zorganizowali, jak się później okazało, niezwykle popularną, acz kontrowersyjną akcję #BiletDlaMuhara.

Chorwat często nie nadąża za grą, popełnia rażące błędy w obronie. Często zarzuca się mu też pasywność wobec piłkarzy drużyny przeciwnej. Można śmiało stwierdzić, że defensywny pomocnik już nigdy nie przekona do siebie kibiców, nawet jeśli zagra dobre spotkanie. Do tej pory z jego 45 spotkań w niebiesko-białych barwach pamięta się jego jedyną bramkę z meczu przeciwko Rakowowi Częstochowa w sezonie 19/20 oraz przyzwoite zmiany w meczach z cypryjskim AEL Limassol i Piastem Gliwice w aktualnie trwających rozgrywkach. Do tej pory do swojej jedynej bramki dołożył też trzy asysty.

Muhar pozostaje jednak w planach Dariusza Żurawia na ten sezon. Trudno się dziwić, gdyż piłkarz jest związany z Lechem umową, która kończy się dopiero latem 2023 roku. Rozwiązanie kontraktu nie wchodzi więc w grę, a nikt nie jest chętny na transfer chorwackiego pomocnika. A może po prostu trener Żuraw widzi w Muharze coś, czego inni nie widzą? Przekonamy się na wiosnę, choć będzie bardzo ciężko o regularną grę Chorwata w związku z transferem Jespera Karlströma.

Po Karlo Muharze na Bułgarską trafił jeszcze jeden Chorwat - bramkarz Marko Malenica. O dziwo można powiedzieć o nim trochę więcej niż o Kokaloviciu. Golkiper znalazł się w Lechu latem 2020 roku, kiedy to postanowił przyjść do Poznania na wypożyczenie z NK Osijek. Początkowo umowa Malenicy z Lechem miała trwać do końca sezonu 2020/21, ale wypożyczenie skrócono. Jego półroczny pobyt w Poznaniu nie był udany. Wystąpił w zaledwie jednym meczu pierwszej drużyny w meczu pucharowym ze Zniczem Pruszków. Do tego dołożył trzy spotkania w bramce drugoligowych rezerw. Chorwat prawdziwej szansy się nie doczekał, nawet mimo kilku niepewnych występów Filipa Bednarka i zakończył swoją przygodę z Lechem. Kibice Kolejorza raczej szybko zapomną o Malenicy, który niedawno trafił na Węgry, do zespołu Diósgyőri VTK.

Jak będzie z Antonio Miliciem? O tym przekonamy się już wiosną. Kibice Lecha nie są zbytnio usatysfakcjonowani transferem rosłego Chorwata do klubu ze stolicy Wielkopolski, głównie dlatego, że były reprezentant swojego kraju ostatni mecz zagrał latem 2020 roku. Warto chyba jednak poczekać z ferowaniem wyroków do jego pierwszych występów w niebiesko-białych barwach. Lech widzi w piłkarzu spory potencjał, a on sam ma chcieć się odbudować i wrócić do reprezentacji Chorwacji.


Dominik Stachowiak
 @D__Stachowiak
📷 Wikimedia / Anders Henrikson; Lech Poznań / Przemysław Szyszka, Marcin Rajczak

0 komentarze:

Publikowanie komentarza