12 lutego 2015

Balo z golem, Chelsea (prawie) z babolem

25. kolejka Premier League nadeszła tak szybko, że zanim zapracowany widz zdążył ochłonąć po weekendowych emocjach, już musiał szykować się na następne. Co działo się we wtorek i środę na angielskich boiskach?

Najciekawsze spotkania toczyły się przy Anfield Road, gdzie Liverpool po remisie w derbach z Evertonem podejmował Koguty z White Hart Line, natomiast ich rywale z Merseyside jechali do Londynu na starcie z liderującą Chelsea. Oprócz tego Arsenal mierzył siły z Leicester City na własnym stadionie, Czerwone Diabyły starły się z beniaminkiem z Burnley.

Balo przyćmił Kane'a!
Tottenham po zwycięstwie w North London Derby był drużyną naładowaną i gotową do marszu w górę tabeli- w końcu nic tak nie motywuje jak pokonanie rywala zza miedzy. Na podobne wsparcie mentalne nie mogli liczyć The Reds, którzy kilka dni wcześniej jedynie bezbramkowo zremisowali z Evertonem. Dla odchodzącego latem do Stanów Zjednoczonych Stevena Gerrarda było to ostatnie starcie derbowe w koszulce Liverpoolu, zatem w ustach kapitana reprezentacji Anglii na pewno pozostawał pewien niesmak. Mecz był szybki, wyrównany i obfitujący w akcję zaczepne z obu stron boiska, o czym świadczy wysoki, pięciobramkowy wynik. Swoją wysoką formę ponownie potwierdził Harry Kane, który po raz kolejny strzela gola w meczach z silnym rywalem. Podobnie jak w starciach z Chelsea i Arsenalem, tak również i na Anfield młody angielski napastnik umieścił piłkę w siatce rywala. Całkiem niedawno to z Arsenalu naśmiewano się, że jest drużyną opartą wyłącznie o dokonania Alexisa Sancheza, a bez niego zespół zdecydowanie traci w ataku. I jakkolwiek trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że Chilijczyk wnosi wiele werwy i zaangażowania ,a także boiskowej pasji, tak nie wypada nie zauważyć, że bez goli Kane’a Tottenham nie wygrał by tak wielu spotkań. Odkrycie sezonu? Anglik może mieć spore szanse na ten tytuł, jeżeli tylko utrzyma wysoką strzelecką formę. Ciężko właściwie powiedzieć, co jest jego najsilniejszą bronią, raczej na jego doskonałą dyspozycję składa się wiele czynników, zamiast jedna, wyróżniająca cecha. Szybkość, dobra kontrola nad piłką, zdolność do zastawiania się, precyzyjne, techniczne uderzenie, oraz tak ważna dla napastnika zdolność do znalezienia się w polu karnym rywala, no i doskonała skuteczność pod bramką przeciwnika. Harry Kane ma szansę stać się dla Tottenhamu kimś, kim był Gareth Bale- lokomotywą ciągnącą zespół od zwycięstwa do zwycięstwa. A właściwie byłby tą główną siłą napędową, gdyby nie Mario Balotelli. Występ Włocha w tym meczu potwierdza tylko regułę, że grając w Premier League należy spodziewać się absolutnie wszystkiego- choćby napastnik nie potrafił strzelić od wielu kolejek, był straszliwie nieskuteczny i większość kibiców już chciałaby go widzieć poza swoim ukochanym klubem, to i tak może strzelić bramkę w najmniej spodziewanym momencie. Kto wie, może to zasługa wąsów zapuszczonych w stylu Mariachi sprawiła, że Mario się odblokował i teraz będzie ostoją ofensywy The Reds? Podsumowując zatem: doskonałe spotkanie, wynik 3-2 dla gospodarzy.


Wasyl nie dał rady w prawie polskim pojedynku
Kanonierzy po kompromitującej na niezbyt dalekim wyjeździe musieli  bardzo szybko wrócić do pełnej dyspozycji, gdyż na Emirates przyjeżdżała drużyna Lisów z Leicester. Przegrana z Tottenhamem zapewne zachwiała pewnością siebie Kanonierów; a co najważniejsze zepchnęła ich za plecy ligowe rywala w walce o pozycję premiowaną występem w Lidze Mistrzów. Teoretycznie zadanie wyglądało na łatwe, w końcu Leicester to beniaminek i spadkowicz, jednak jak wiadomo w lidze angielskiej nie ma łatwych spotkań, a i sam przeciwnik nie jeden razu już potrafił zaskoczyć swoją dyspozycją, wygrywając u siebie choćby z Manchesterem United, czy też remisując z drużyną z czerwonej części północnego Londynu właśnie. Plan drużyny gości zakładał bronienie dostępu do własnej szesnastki całą drużyną, dodatkowo linia obrony została złożona z pięciu obrońców. Atak mieli kreować szybcy skrzydłowi, wśród których błyszczał Riyad Mahrez, bezczelnie obracający defensorami Arsenalu i niejednokrotnie znajdujący się w niebezpiecznych sytuacjach podbramkowych. Gospodarze rozpoczęli starcie bez typowego napastnika, na ławce rezerwowych zasiedli zarówno Danny Welbeck, jak i Olivier Giroud. Granie bez szpicy przy tak głęboko ustawionej defensywie rywala wydawało się być zadaniem wyjątkowo trudnym. I takie rzeczywiście było. Wymiennie grający na pozycji wysuniętego napastnika Theo Walcott i Alexis Sanchez raz za razem odbijali się od muru złożonego z obrońców, byli łapani na spalonym, albo też nie byli w stanie dosięgnąć piłki. Goście bronili z ogromną wolą walki i gdy tylko nadarzała się okazja to od razu uruchamiali swoich zawodników ofensywnych. Kiedy wydawało się, że spotkanie może w ten sposób wyglądać aż do 90 minuty, impas zdecydował się przełamać Laurent Koscielny, który po podaniu z rzutu rożnego(!) przez Mesuta Oezila strzelił tuż koło nogi broniącego Marka Schwarzera. Asystujący Niemiec był z resztą jedną z najjaśniejszych postaci całego widowiska- zaskoczył mnie swoją grą, zarówno z przodu, gdzie wykreował świetne okazje Walcott’owi, jak i swoją grą defensywną, która może nie powalała na kolana, ale na pewno był sporym krokiem naprzód w porównaniu do poprzednich meczów tego sezonu. Spotkanie oczywiście nie mogło przebiegać w sposób w pełni kontrolowany przez Kanonierów, którym udało się zdobyć drugą bramkę(piłka odbita przez Schwarzera spadła pod nogi Theo, który tym razem już się nie pomylił), ale jednocześnie stracić gola w kompromitujących okolicznościach i rozpaczliwie walczyć o zdobycie trzech punktów. Na dodatek kontuzji ponownie nabawił się Aaron Ramsey, który boisko opuścił dziesięć minut po tym, jak pojawił się na murawie, a także Alexis Sanchez, brutalnie potraktowany przez jednego z rywali. Wszystko to może źle wróżyć na nadchodzące spotkania. Na razie jednak kibice Arsenalu mogą cieszyć się z 3 punktów. Arsenal - Leicester 2-1.

W starciu Niebieskich lepsi ci ze Stamford
Drużyna Jose Mourinho  w Premier League wygląda niemal jak czołg, który niepowstrzymanie prze od zwycięstwa do zwycięstwa. Nie zawsze są to potyczki proste, łatwe i przyjemne, do takich na pewno należało ostatnie starcie z The Toffies, w którym to The Blues zdołali strzelić bramkę dopiero w ostatnich minutach spotkania, dzięki trafieniu Brazylijczyka Williana. W meczu od pierwszej minuty grał ściągnięty z Fiorentiny Kolumbijczyk Juan Cudardado, po którym było widać, że jego proces aklimatyzacji w zespole musi jeszcze trochę potrwać. Według mnie zbyt często decydował się na drybling, podczas gdy lepszym rozwiązaniem byłoby podanie do któregoś z lepiej ustawionych partnerów. Jednak ponieważ jest to zawodnik o ponadprzeciętnych umiejętnościach to jestem pewien, że jeszcze nie raz przekona kibiców do swojego talentu, o ile dostosuję się oczywiście do filozofii portugalskiego menedżera, który nie boi się przecież pozbywać się nawet najlepiej wyszkolonych technicznych zawodników z powodu ich zbyt małego zaangażowania w grę obronną. W defensywie Chelsea chyba na stałe zagościł Kurt Zouma, ściągnięty latem z Saint-Etienne, który wygryzł ze składu Gary’ego Cahilla. Młody Francuz wygrywał wiele pojedynków powietrznych z równie dobrze co on zbudowanym Romelu Lukaku, a także imponował spokojem. Mecz był bardzo wyrównany, co rzadko się zdarza, zwłaszcza na Stamford Bridge. Ofensywne sytuacje dla gospodarzy najbardziej starał się kreować Eden Hazard, który pojawiał się w prawie każdym miejscu boiska i za każdym razem stwarzał realne zagrożenie swoją doskonałą kontrolą nad piłką i przeglądem pola. Jednak to goście mieli jedną z najlepszych sytuacji, kiedy to przed linię obrońców wypadł belgijski napastnik Evertonu i będąc w sytuacji sam na sam z Petrem Cechem trafił bramkarza w nogę. A raczej to Cech instynktownie tam ją postawił. Fenomenalna obrona pozwoliła Chelsea na zdobycie trzech punktów. Mecz jednak nie był pozbawiony kontrowersji, z których największą jest dla mnie zachowanie piłkarzy zarówno Chelsea, jak i Evertonu pod koniec spotkania. Może przemawia przeze mnie niechęć do lokalnego rywala, ale chyba nie tylko ja uważam, że Branislav Ivanović często przesadza ze swoją agresją. Na dobrą sprawę mógł razem z Gareth’em Barry’m   zostać wyrzuconym z boiska, po tym jak złapał w pas przeciwnika i uderzył go głową. Rozumiem: zaangażowanie i serce włożone w grę. Jednak takie zachowania są już tylko niepotrzebnym przejawem agresji, który tylko negatywnie oddziałuje na samych piłkarzy, ale także na kibiców. Ja sam po takich akcjach czuję, że gdyby to mnie potraktowano w ten sposób, to Serb na pewno dostałby za swoje. Chelsea grając w jedenastu na dziesięciu wyszarpała trzy punkty. Chelsea - Everton 1-0.

Z innych wydarzeń minionej kolejki należy jeszcze wymienić:
  • Pierwsze wyjazdowe zwycięstwo Queens Park Rangers! Na Stadium of Light goście wygrali z Sunderlandem 2-0 i dokonali rzeczy nieosiągalnej dla nich w tym sezonie. Czyżby odejście Harry’ego Redknappa miało aż tak pozytywny wpływ na jego byłych podopiecznych?
  • Zwolnienie Paula Lamberta z Aston Villi - zaskoczenia być nie może, gdyż The Villans w kolejnym sezonie toczą nierówną walkę ze samym sobą, nie mogąc przełamać niemocy strzeleckiej. Czy zwolnienie menedżera poprawi ich sytuację w tabeli?
Autor: Mateusz Cholewa |  matichol96@gmail.com | foto: facebook.com/LiverpoolFC

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

tv