17 lipca 2018

Potop szwedzki


Niklas Bärkroth to zawodnik, który teoretycznie powinien wciągnąć Ekstraklasę nosem (na boisku w przeciwieństwie do innego ze Skandynawów, Nickiego Bille Nielsena). Szwedzki skrzydłowy nie wytrzymał chyba jednak presji, jaka ciążyła na nim w Kolejorzu. Już niedługo jeden z najdroższych transferów w historii Lecha Poznań może wrócić do ojczyzny i zostać graczem nie byle jakiego klubu. Jak informują tamtejsze media, negocjacje w sprawie jego sprowadzenia rozpoczął bowiem sam IFK Göteborg.

Dwukrotny zdobywca Pucharu UEFA w latach 80. i półfinalista Ligi Mistrzów z 1993 roku nie przypomina już hegemona z tamtych czasów. W sezonie 2017 Anioły zajęły w szwedzkiej Allsvenskan dopiero 10. miejsce - najgorsze od półtorej dekady. Teraz jest jeszcze gorzej - po 13 meczach drużyna prowadzona przez zaledwie 33-letniego Poyę Asbaghiego zajmuje dopiero 12. miejsce w ligowej tabeli ze stratą już 14 punktów do liderującego AIK Solna.

Jakby tego było mało, klub w ostatnim czasie postanowiły opuścić jego kolejne ważne ogniwa. Pontus Dahlberg za blisko cztery miliony euro trafił do Watfordu, Sebastian Eriksson postanowił udać się do ciepłej Grecji i podpisał kontrakt z Panetolikosem, z kolei Gustav Engvall powrócił po końcu okresu wypożyczenia do Bristolu. Z tego samego powodu już niedługo klub może już niedługo opuścić znany sympatykom MLS Mix Diskerud.

Göteborg desperacko poszukuje więc nowych zawodników i tutaj pojawiła się więc szansa na transfer Bärkrotha. Szwed nie ma łatwego życiu w Lechu. Kibice Kolejorza często wypominają mu kwotę, za którą trafił do stolicy Wielkopolski. 650 tysięcy euro to rzeczywiście spore pieniądze, ale trzeba przyznać, że patrząc tylko na papierze jeszcze rok temu wydawał się to bardzo rozsądny transfer ze strony poznańskiego klubu.


Bärkroth trafił na Bułgarską w czerwcu 2017 z IFK Norrköping, którego był gwiazdą. Teraz już pewnie mało kto pamięta, ale rok temu Lech wygrał walkę o niego z Legią Warszawa. Już sam fakt, że Duma Wielkopolski o skrzydłowego rywalizowała z ówczesnym mistrzem Polski powinien dawać do myślenia. Szwed to piłkarz o sporych umiejętnościach, których jednak w Poznaniu z jakichś przyczyn nie pokazał.

Niektórzy mówią o problemach z aklimatyzacją. Tylko jak wytłumaczyć to, że swoje jedyne trzy asysty w Ekstraklasie Bärkroth zanotował w lipcu i sierpniu tuż po swoim przyjściu do naszej ligi? W całej tej plotce o rzekomych problemach mentalnych może jednak tkwić jakieś ziarenko prawdy. Kiedy Nikals przychodził do Lecha, w szatni z powodzeniem funkcjonowała skandynawska kolonia. Po pół roku nie było już jednak ani Lasse Nielsena, ani Nicki Bille Nielsena i Szwed został jedynie z Christianem Gytkjaerem. Z pewnością w przystosowaniu do nowej drużyny problemy z językiem polskim i fakt, że do końca sezonu nie była pewna przyszłość Nenada Bjelcy. To trener, który z jednej strony zgodził się na jego transfer, z drugiej w ostatnich kilku meczach sezonu nie pozwolił mu się nawet podnieść z ławki.

W tej chwili tak naprawdę trudno powiedzieć, co wydarzy się z Niklasem Bärkrothem. Ivan Djurdjević postanowił dać mu szansę, ale być może nie miał wyboru - kontrakt skrzydłowego wygasa dopiero w 2021 roku, a Lech nie pozwoli mu odejść za przysłowiowe frytki. Być może jednak decyzja serbskiego szkoleniowca Kolejorza została podjęta na podstawie konsultacji z którymś z jego portugalskich znajomych. Bärkroth zaliczył tam epizod w 2012 roku w barwach União Leiria. Jeśli Djuka naprawdę wierzy w Szweda, to może warto by mu dać jeszcze te pół roku? Szczególnie, że w Skandynawii większość lig zakończy sezon właśnie zimą, więc nawet, gdyby i ta najbliższa runda byłaby dla Szweda straconą, to wtedy Lechowi będzie łatwiej umieścić go w którymś z tamtejszych zespołów.


Jeśli jednak Niklas Bärkroth jeszcze tego lata zakończy swoją przygodę z Kolejorzem i powróci do IFK Göteborg, z którym zresztą w przeszłości został jeszcze jako nastolatek mistrzem kraju, to pozostanie on jednym z największych zawodów Lecha w erze rodziny Rutkowskich. Szwed wydawał się idealnym kandydatem na gwiazdę naszej ligi, ale po prostu nie odpalił i być może już tego w Lechu nie zrobi. Teraz dla jego losów kluczowy wydaje się rewanż w Erywaniu. W pierwszym spotkaniu z Gandzasarem wszedł na końcowe 20 minut i wielu obserwatorów wręcz zapomniało o jego obecności na boisku. Jeśli równie blado zaprezentuje się w Armenii, wielu kibiców może mieć już dość. Być może do tej grupy dołączy też wtedy Ivan Djurdjević.


Piotrek Przyborowski
📷 Oskar Jahns / aosporcie.pl

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

tv