4 lipca 2018

Pedro Tiba - największy transfer w historii Lecha Poznań

Władze Lecha Poznań w ostatnim czasie dość często były oskarżane przez swoich kibiców o bycie skąpym i oszczędzaniu na transferach. Na przekór swoim krytykom Kolejorz właśnie tuż po jednym z największych kryzysów w ostatnich latach postanowił właśnie przeprowadzić największą transakcję w swojej historii. Jej bohaterem jest Pedro Tiba, nowy pomocnik Lecha.

Drugi milioner
W dotychczasowej historii Lech Poznań tylko raz wydał na zawodnika milion euro. Miało to miejsce zimą 2010 roku, kiedy władze Dumy Wielkopolski nieco zachłysnęły się ogromnym sukcesem,k klubu, którym był awans do 1/16 Ligi Europy. Władze Lecha położyły wówczas ogromne jak na polskie warunki pieniądze na stół, by sprowadzić ponownie na Bułgarską Rafała Murawskiego.

Muraś miał za sobą niezbyt porywający pobyt w Rubinie Kazań, gdzie przez półtora roku w 30 meczach rosyjskiej ekstraklasy strzelił zaledwie jednego gol. Chociaż urodzony w Malborku pomocnik był podstawowym zawodnikiem drużyny z Tatarstanu, rosyjski klub nie robił swojemu piłkarzowi problemów z powrotem do Poznania, szczególnie że ten postanowił za niemal 30-letniego wtedy gracza zapłacić milion euro.

Murawski już jako znów gracz Lecha nie tylko zagrał z w nim kolejne 79 meczów w Ekstraklasie, ale również z czasem został także kapitanem Kolejorza. Chociaż jego kariera przy Bułgarskiej została dość gwałtowanie przerwana przez tzw. Aferę Jarocińską, w skutek której musiał zimą 2014 roku przenieść się do Pogoni Szczecin, to w Poznaniu zostawił po sobie bardzo pozytywne wspomnienia (więcej na ten temat niedawno pisał na aosporcie.pl Mateusz Włodarczyk). Wydaje się więc, że milion euro, które Lech musiał za niego zapłacić (przy ostatecznym bilansie +2,2 miliona) było opłacalnym wydatkiem.


Słodko-gorzkie wydatki
Lech pięciokrotnie w swojej historii wydał na piłkarza więcej niż 600 tysięcy euro. Tyle właśnie kosztowali Vojo Ubiparip, Semir Stilić, Muhamed Keita i Artjoms Rudnevs. 50 tysięcy więcej Kolejorz wydał z kolei na Niklas Bärkroth. Już samo przywołanie tych nazwisk wywołuje u kibiców z pewnością mieszane uczucia. O ile bowiem Stilić i Rudnevs śmiało mogą być określani jako piłkarze z gatunku tych klasowych, a Ubiparip miewał momenty, to Keita okazał się kompletnym niewypałem i póki co podobnie trzeba też oceniać drugiego ze skrzydłowych, Bärkrotha.

Pierwszy z nich na Bułgarską przyszedł bośniacki pomocnik, który w Lechu zasłynął kapitalną lewą nogą i rewelacyjnie bitymi stałymi fragmentami gry. Osobiście najbardziej zapamiętałem ten bity przez Stilicia na moskiewskich Łużnikach przeciwko CSKA. On może co prawda akurat wówczas punktów Lechowi nie przysporzył, ale bohater niedawnego meczu 1/8 finału przeciwko Hiszpanom Igor Akinfiejew z pewnością kilka dni po tym spotkaniu mógł mieć koszmary.


Bohaterem powoli już legendarnych przygód Lecha w Pucharze UEFA i Lidze Europy był też rzecz jasna Rudnevs. Co by było, gdyby władze Kolejorza nieco przyspieszyły negocjacje z węgierskim Zalaegerszegi latem 2010 roku, tego już się pewnie nie dowiemy. Być może Łotysz przyczyniłby się wówczas do lepszego wyniku przeciwko Sparcie Praga w eliminacjach Ligi Mistrzów. Tak czy inaczej, dla choćby postronnego kibica Ekstraklasy, król strzelców naszych rozgrywek w sezonie 2011/2012, i tak został zapamiętany przez pryzmat tego oto meczu:


Nieco inaczej wyglądał pobyt w Poznaniu Ubiparipa. Ten do Poznania przyszedł w tym samym czasie, kiedy na Bułgarską powrócił Murawski. Już pierwsza wiosna nie była dla wychowanka Vojvodiny zbyt udana: zaledwie gol i asysta w Ekstraklasie. U Rumaka pierwszą część kolejnego sezonu przesiedział na ławce, więcej grając ponownie wiosną 2012. Indolencja strzelecka, a później uraz kolana przekreślił jego nadzieję na poważne zaistnienie w Lechu. Swój najlepszy występ w Kolejorzu zanotował w swoim tak naprawdę jednym z ostatnich meczów: w pierwszej kolejce sezonu 2014/2015 przeciwko Piastowi Gliwice. Po tamtych rozgrywkach jego kontrakt z Lechem wygasł, a klub postanowił go nie przedłużać. Ostatnio tak samo potraktował go bośniacki Željezničar, z którym dopiero co zdobył krajowy puchar.

Od lutego bez klubu pozostaje natomiast Muhamed Keita, którego Lech ściągnął latem 2014 roku z norweskiego Strömsgodset. Skrzydłowy miał spore problemy z aklimatyzacją w Poznaniu, dlatego już po roku spędzonym przy Bułgarskiej zdecydował się na powrót do wtedy jeszcze Tippeligaen (obecnie Eliteserien). Wracał tam potem jeszcze na wypożyczenie kilkukrotnie, a ostatnimi czasy grywał w MLS i to w samym New York Red Bulls. W Poznaniu oprócz niespełnionych nadziei pozostawił po sobie dwa gole w mistrzowskim sezonie w Ekstraklasie, w tym to przepiękne w spotkaniu z Górnikiem Łęczna.


I wreszcie kolejna ze skandynawskich perełek: Niklas Bärkroth. Piłkarz o sporych możliwościach, który był traktowany jako złoty chłopiec szwedzkiego futbolu. Chociaż wciąż w niego wierzę, to chyba jestem jedną z ostatnich takich osób. 26-latek jeszcze jesienią dostawał regularnie szanse od Nenada Bjelicy - wiosną od z kolei od pewnego momentu siedział już tylko na ławce. Zaledwie trzy asysty i to na samym początku swojego pobytu w Lechu to nie jest imponujący rezultat. Szwed dostał od Ivana Djurdjevicia ostatnią szansę, ale sporo mówi się, że dotyczy ona jedynie okresu przygotowawczego. Chociaż jeśli Kolejorz naprawdę chciałby się jego pozbyć, to najpierw musiałby znaleźć się jakiś kupiec...

Pół miliona szczęścia
Dużo lepiej wyglądały transfery oscylujące w granicach pół miliona euro. Maciej Gajos (500 tysięcy), Manuel Arboleda (450), Tamás Kádár (450) oraz Siergiej Kriwiec (430) przy Bułgarskiej z pewnością powinni zostać zapamiętani jako dobre ruchy transferowe.

Co prawda wielu kibiców ocenia Gajowego przez pryzmat ostatnich miesięcy, kiedy to były pomocnik Jagiellonii jako kapitan był de facto wizytówką drużyny, która przegrała wszystko, co tylko się da. Niemniej jednak, Gajos to piłkarz o naprawdę sporych umiejętnościach i wydaje mi się, że żaden z trenerów, z którymi spotkał się on w Kolejorzu, nie wykorzystali w pełni szczególnie jego ofensywnych umiejętności. To więc kolejne zadanie dla Ivana Djurdjevicia.

Manuel Arboleda to symbol złotych czasów Lecha w XXI wieku. Symbol, który jednak nieco wyblakł po tym, jak podpisał rekordową umowę po dobrych występach Dumy Wielkopolski w Lidze Europy. Później łapał kontuzję i już nigdy nie wskoczył na poziom, który prezentował w mistrzowskim sezonie 2009/2010 czy w bataliach przeciwko Manchesterowi City czy Juventusowi. Tworzony przez niego duet z Bartoszem Bosackim do dzisiaj przez wielu traktowany jest jako najlepsza para stoperów w historii klubu.

Mistrzostwo Polski zdobył też z Lechem inny defensor, Tamás Kádár. Jego przygoda w Kolejorzu była podobna do tej Paulusa Arajuuriego. Początkowo wyszydzany, z czasem nikt nie wyobrażał sobie składu drużyny bez Węgra na boisku. Chociaż jego rozstanie z klubem mogło mieć miejsce w nieco lepszych okolicznościach (obrońca miał bardzo nalegać na transfer), to ostatecznie na jego sprzedaży do Dynama Kijów Lech zarobił naprawdę dobre pieniądze (2,5 miliona euro).

Do Ekstraklasy podobnie jak Stilić wracał też inny pomocnik z tamtego okresu - Siergiej Kriwiec. Białorusin jeszcze wiosną występował w Arce Gdynia, wcześniej notując też sezon w Wiśle Płock. Najwyższą formę prezentował jednak w barwach własnie Lecha. To jego podanie do Roberta Lewandowskiego dało Kolejorzowi drugiego gola w wygranym 2:0 meczu z Zagłębiem Lubin, po którym do Poznania po 17 latach powróciło mistrzostwo Polski. Ostatnio podpisał kontrakt z Dynamem Brześć, klubem zarządzanym od pewnego czasu przez... Diego Maradonę.


Na Pedro Tibę w Lechu Poznań czeka dość spore wyzwanie. Chociaż w ostatnich miesiącach dość sporo psioczono na transfery Kolejorza, jak widać, na dobrego piłkarza rzeczywiście trzeba zapłacić niezłe pieniądze. Taka opinia znajduje swoje potwierdzenie w zestawieniu najwyższych transferów Dumy Wielkopolski w historii. Z dotychczasowej dziesiątki aż siedmiu piłkarzy przy Bułgarskiej się sprawdziło, jedynie dwóch było przepłaconych, a jeden wciąż ma szansę udowodnić, że nie jest niewypałem działu skautingu. Miejmy więc nadzieję, że Tiba dołączy od Murawskiego i spółki, a w kolejnym tego typu zestawieniu również zostanie zaznaczony na zielono.


Piotrek Przyborowski
📷 Roger Gorączniak

1 komentarz:

  1. O jakich możliwościach Gajosa piszecie? Strzały kilka metrów nad bramką, prosto w bramkarza albo ledwie turlające się piłki - to pokazuje na co dzień. Jakiś trener broni mu trafiać? A ile ma asyst? Tego też bronią mu trenerzy? Dziennikarze bronią go jak Majewskiego, a powinien co najwyżej siedzieć na ławie. I do tego zrobiono z niego kapitan.

    OdpowiedzUsuń

tv