8 grudnia 2018

Armata Amarala i do czołówki już jest mniejsza strata. Lech Poznań - Śląsk Wrocław 2:0

Lech Poznań w wielu meczach mógł dać w obecnym sezonie plamę, ale nie podczas starcia będącego kulminacją obchodów stulecia Powstania Wielkopolskiego. I chociaż ostatecznie w zimny deszczowy wieczór w Stoke Poznaniu nie obejrzeliśmy jeszcze futbolu totalnego, to Kolejorz wygrał jednak ze Śląskiem Wrocław 2:0. 

Nastały czasy, kiedy mecz, który jeszcze kilka lat temu po prostu zostałby odbębniony i wygrany, teraz daje w stolicy Wielkopolski dużą radość. Jeśli Lech aspiruje do czegoś więcej i nie chce już zupełnie wtopić się w naszą ligową mizerię, to musi wygrywać takie spotkanie jak to piątkowe. Dlatego cieszy, że przynajmniej w ostatnim tegorocznym meczu przy Bułgarskiej piłkarze okazali chociaż resztki przyzwoitości wobec swoich kibiców.

A tych jak na ten naprawdę ponury piątek. Bo choć w Poznaniu było całkiem ciepło - około 10 stopni na plusie, to jednak przez cały dzień siąpiło, aż wreszcie w trakcie meczu lunęło. Dlatego też frekwencja na poziomie ponad 12 tysięcy kibiców musi cieszyć. Szczególnie, że po raz ostatni więcej widzów pojawiło się na poznańskim obiekcie podczas wrześniowego starcia z Miedzią Legnica - ponad 20 tysięcy, ale wtedy akurat klub zorganizował akcję "kibicuj z klasą". Mimo wszystko, była to trzecia najlepsza frekwencja ligowa w całym obecnym sezonie - minimalnie więcej kibiców przyszło jeszcze na pamiętne spotkanie z Wisłą Kraków.

Wróćmy jednak do samego spotkania, które przez dużą jego część było takim klasycznym esktraklasowym paździerzem. Standardowo Lech rozpędzał się jak lokomotywa, ale raczej ta z początków tego środka lokomocji za czasów George'a Stephensona. Pierwszą konkretną sytuację miał więc dopiero w 42. minucie, kiedy to po dośrodkowaniu Amarala niecelnie główkował Gytkjaer. Chwilę później Duńczyk natomiast popisał się fenomenalnym strzałem z dobrych dwudziestu kilku metrów, ale równie dobrze interweniował Jakub Słowik. Więcej akcji (z pierwszej połowy) nie pamiętam, za wszystkie żałuję...

Spotkanie ożywiło się nieco w drugiej części. Znowu widzieliśmy w akcji duet Amaral - Gytkajer. I w przypadku akcji z 54. minuty ponownie to Portugalczyk dośrodkowywał, a Wiking strzelał. W tej jednak konkretnej sytuacji napastnik uderzył za lekko i znowu to Słowik wyszedł górą z tego pojedynku.



Im dalej w las mecz, tym większa była przewaga Kolejorza. W pewnym momencie Lech przez dobrych kilka chwil pozostawał cały czas na połowie gości. Znów świetną okazję miał Gytkjaer. Tym razem wszystko wykonał, jak należy, ale (jeszcze wtedy) na posterunku był Słowik.

Lech potrzebował tego dnia odrobiny magii, by pokonać bramkarza Śląska. Okazało się, że w piątek była ona w nogach João Amarala. 27-latek na mniej więcej kwadrans przed końcem popisał się swoją kolejną w tym spotkaniu indywidualną szarżą, którą zakończył k-a-p-i-t-a-l-n-y-m strzałem na bramkę Słowika. Ten nie miał żadnych szans i tak oto gospodarze objęli prowadzenie. W tej akcji oprócz kunsztu Portugalczyka należy docenić jeszcze niezłe zachowanie zarówno Gytkjaera, jak i Tymoteusza Klupsia, który wreszcie powrócił do świata żywych.

Śląsk w końcówce próbował odpowiedzieć, ale nadział się koniec końców na kontrę. Po bilardzie w środku pola Mihai Radut wykonał wślizg, który pozwolił Rafałowi Janickiemu (przestawionemu w końcówce do środka pola!) na idealne podanie w kierunku Gytkajera, który niczym płatny morderca jedynie wykonał wyrok. Tak, wiem, jak brzmi pierwsza część tego zdania. Cóż... wielkie moce Adama Nawałki zaczynają chyba powoli działać na największych ananasów.

Lech Poznań ostatecznie wygrał 2:0 i awansował na szóste miejsce w tabeli, które jednak zapewne do końca tej kolejki jeszcze straci. Mimo że w grze Kolejorza wciąż było całe stado mankamentów i błędów, to jednak koniec końców w piątek udało się jednak wygrać. A już patrząc czysto pragmatycznie - czego jak czego, ale to właśnie punkty są teraz dla Lecha (i pewnie też Adama Nawałki) najważniejsze. Na styl przyjdzie jeszcze czas.

Poniżej plusy ➕ i minusy ➖ w Lechu w tym spotkaniu 


➕ Na plus w Lechu: João Amaral oraz... Mihai Radut
Już wejście z ławki w meczu z Cracovią pokazało, że jego chwilowa niedyspozycja tego pierwszego (tudzież po prostu brak formy) rzeczywiście nie musi być permanentny. Amaral już w Krakowie kilkukrotnie poholował sobie piłkę między zawodnikami Pasów, a w piątek już seryjnie robił to w starciu ze Śląskiem. No i ten gol...

Z kolei Rumuna warto wyróżnić za całkiem nieźle rozegrany epizod w postaci ostatnich 30 minut, kiedy to pojawił się na boisku. Szarpał, walczył, normalnie jak nie on. Odegrał też ogromną rolę przy golu na 2:0, kiedy to jego dwa wślizgi zablokowały zawodnikom Śląska marsz na bramkę strzeżoną przez Buricia.

Na minus w Lechu: Maciej Makuszewski
Skrzydłowy nie umie znaleźć formy z zeszłego sezonu. Wydawało się, że u Djurdjevicia radził sobie słabo, bo wystawiany był jako wahadłowy. Nawałka powrócił do gry klasycznymi skrzydłami, ale Maki wciąż wygląda bardzo mizernie. Być może zmieni się to już wiosną (oby!).

Lech Poznań - Śląsk Wrocław 2:0 (0:0)
7.12.2018, Stadion Miejski w Poznaniu, 20:30

Gole: 75' João Amaral, 90+9' Christian Gytkajer

Lech: Jasmin Burić - Robert Gumny, Rafał Janicki, Nikola Vujadinović, Wołodymyr Kostewycz - Maciej Makuszewski (56' Tymoteusz Klupś), Łukasz Trałka, Pedro Tiba, Kamil Jóźwiak (60' Mihai Radut) - Joao Amaral (90' Thomas Rogne), Christian Gytkjaer

Śląsk: Jakub Słowik - Łukasz Broź, Mariusz Pawelec, Wojciech Golla, Dorde Cotra - Mateusz Cholewiak, Igors Tarasovs, Mateusz Radecki, Michał Chrapek (78' Daniel Szczepan), Damian Gąska - Marcin Robak

Kartki: Makuszewski, Trałka, Amaral - Golla, Chrapek, Słowik

Sędzia: Bartosz Frankowski (Toruń)

Widzów: 12 545


Piotrek Przyborowski
📷 Oskar Jahns / aosporcie.pl

0 komentarze:

Prześlij komentarz

tv