7 maja 2018

Fajerwerki były, ale tylko na trybunach. Wisła Płock - Lech Poznań 0:0

Tegoroczny finisz Ekstraklasy może co najwyżej przyprawiać o mdłości, a na horyzoncie czyha już znany i lubiany Eurowpierd*l. Niech najlepiej o sile naszych czołowych drużyn świadczy fakt, że w miniony weekend żadna z ekip z podium nie zdobyła choćby jednej bramki. Degrengoladę rozpoczął w sobotę Lech Poznań, który w wyjazdowym spotkaniu z Wisłą Płock zremisował oczywiście 0:0.

Presja to z pewnością nie jest słowo, które jest mile widziane w szatni tzw. poznańskiego potentata. Lech z jednej strony nie umie sobie z nią w ostatnich latach radzić, o czym świadczy zeszłoroczny sezon i klapa w finale Pucharu Polski. Z drugiej strony Kolejorz nie umie jej też wywrzeć na przeciwniku (tj. Legii i Jagiellonii), gdy już się taka szansa pojawia. 

Sobota, godzina w najlepszym telewizyjnym czasie antenowym (z angielskiego prime-time), niezła murawa, bardzo dobra pogoda, ponad 10 tysięcy kibiców, może nie na najbardziej nowoczesnym obiekcie w kraju, ale wciąż to frekwencja zadowalająca. Na przeciwko siebie stają dwie drużyny, które walczą o europejskie puchary (Wisła), a nawet także o mistrzostwo (Lech).

W normalnej lidze taki mecz musiałby być co najmniej dobry (może niektóre przypadki z Premier League temu przeczą, ale pozostawmy to na inną dyskusję). No właśnie - w normalnej. Ekstraklasa, a już szczególnie obecny sezon nieraz pokazał, że jest pewną anomalią. Jakąś niepojętą aberracją, czymś, co niby żenuje, a jednak często zaskakuje. Przygnębia, ale jednocześnie emocjonuje całą piłkarską mapę Polski.

Futbol zna wiele przypadków powrotów zza światów, całkowitych przemian na przestrzeni tygodni, ale te w naszej lidze z naturalnych powodów są nieco bardziej swojskie. W Płocku wielu kibiców po fatalnym debiucie Thomasa Dähne w meczu z Górnikiem Zabrze wręcz pukało się w czoło i pytało: skąd ten Niemiec w ogóle się u nas wziął?!. Z czasem okazało się, że jednak przeszłość w salzburskiej szkółce RedBulla musiała odbić swoje pozytywne piętno na tym golkiperze. Dodatkowo w myśl niemieckiej szkoły bramkarskiej, Dähne nogami gra tak, że pewnie gdyby reszta jego ciała funkcjonowała podobnie, to zaraz ściągnąłby go do siebie Pep Guardiola. 

Kiedy jesienią Kamil Jóźwiak był niemal odsunięty od pierwszego zespołu Lecha, w Poznaniu niektórzy wieszali psy na zarządzie, inni na samym zawodniku, ale najwięcej zastrzeżeń padło pod adresem agenta młodego skrzydłowego. Gdy wiosną młodzieżowy reprezentant Polski nieco z konieczności przez kontuzję Macieja Makuszewskiego zaczął grać częściej, okazało się, że na próżno wydano setki tysięcy euro na przybysza z kraju IKEI, Niklasa Bärkroth i wystarczyło nieco bardziej uwierzyć w swojego wychowanka. Ok, w tym przypadku wiadomo, że poznańska scena twitterowa oburzyłaby się na brak transferów, jednocześnie w innych sytuacjach często lubi odnotowywać przecież brak wychowanków czy Polaków (sic!). Koniec końców w ostatnich meczach okazało się, że przy całej tej poznańskiej mizerii, to właśnie Jóźwiak prezentuje się najlepiej.

Tak oto dochodzimy do konkluzji tej części owego tekstu - w sobotę w obu drużynach najlepiej zaprezentowali się zawodnicy, którzy w obecnym sezonie przeżyli pewne turbulencje. To też oni byli największymi bohaterami najlepszej (i tak naprawdę jednej z dwóch poważnych) akcji Lecha w pierwszej połowie. W 30. minucie Jóźwiak posłał idealną piłkę do Mario Situma, ale że ten dostosował się do poziomu charakteru ligi i jest po prostu w swojej grze chimeryczny, nie zdołał trafić do siatki. Powstrzymał go całkiem niezłą interwencją właśnie Dähne.

Ta interwencja została przeze mnie nazwaną całkiem niezłą, bowiem kilkanaście sekund później Niemiec popisał się jeszcze lepszą. Ponownie w roli niemal pierwszoplanowej znalazł się też Kamil Jóźwiak. Tym razem 20-latek posłał świetną centrę na głowę Christiana Gytkjaera, ale Duńczyk nie zdołał strzelić swojego 19. gola w lidze w obecnym sezonie. Powstrzymał go właśnie niemiecki bramkarz Wisły.

Jeśli jeszcze pierwsza połowa dała kibicom Lecha nutkę nadziei, to druga dostarczyła jedynie potężnego doła. Gospodarze świetnie dostosowali się do poziomu tego pożal się Boże widowiska i swój pierwszy celny strzał oddali... w 90. minucie. To mogła być zresztą zabójcza kontra w wykonaniu Nafciarzy. Super-rezerwowy José Kanté posłał kapitalną piłkę do Jakuba Łukowskiego, a ten został na szczęście zatrzymany przez Matusa Putnockiego. W tej samej akcji z kilku metrów szansę miał jeszcze Damian Szymański, ale zamiast uderzać, postanowił zachować się fair play wobec sporej grupy poznańskich kibiców, którzy przyjechali tego dnia na Mazowsze i tylko podał wprost w ręce słowackiego bramkarza.

Mecz ostatecznie zakończył się bez goli i pewnie najbardziej zapamiętamy z niego fajerwerki, które kibice Wisły postanowili odpalić z powodu... no chyba właśnie bez żadnego konkretnego. Paradoksem całego tego sobotniego bałaganu jest jednak fakt, że Lech wciąż ma wszystko we własnych nogach. W niedzielę w Białymstoku Jagiellonia z Legią dostosowały się do poziomu płockiego spotkania i po równie bladym starciu tytanów z plastiku także bezbramkowo ze sobą zremisowały. Jak zdobyć więc mistrzostwo Polski? Wystarczy jedynie wygrać trzy kolejne spotkania! Proste? Nie bardzo...


Wisła Płock - Lech Poznań 0:0
5.05.2018, Stadion im. Kazimierza Górskiego w Płocku, 20:30

Wisła Płock: Thomas Dähne - Cezary Stefańczyk, Adam Dźwigała, Alan Uryga, Arkadiusz Reca - Damian Szymański, Dominik Furman (90. Damian Rasak) - Konrad Michalak (80. Jakub Łukowski), Semir Stilić, Nico Varela - Kamil Biliński (66. Jose Kante)

Lech Poznań: Matus Putnocky - Robert Gumny, Emir Dilaver, Rafał Janicki, Wołodymyr Kostewycz - Łukasz Trałka, Maciej Gajos, Radosław Majewski (77. Darko Jevtić) - Mario Situm (70. Maciej Makuszewski), Christian Gytkjaer (80. Ołeksij Chobłenko), Kamil Jóźwiak

Kartki: Furman, Stilić, Dźwigała - Majewski, Makuszewski (wszyscy żółte)

Sędzia: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa)

Widzów: 10 021

Piotrek Przyborowski
📷 Twitter / Michal_Wis

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

tv