6 maja 2017

Nam Pucharu wygrać nie kazano. Lech Poznań - Arka Gdynia 1:2


Trzeba było ochłonąć, by spróbować opanować sytuację panującą w okolicach Bułgarskiej po finale Pucharu Polski na Stadionie Narodowym. Lech Poznań pojechał tam po raz trzeci i... znowu poległ. Tym razem jednak wpadka jest niewybaczalna, rywalem była bowiem całkowicie do ogarnia Arka Gdynia. Ostatecznie to jednak zespół Leszka Ojrzyńskiego wygrał po dogrywce 2:1 i zagra w europejskich pucharach!

Atmosfera, jaka panuje teraz wokół Kolejorza, jest dość gęsta. Łukasz Trałka mówił przed meczem, że chyba nie trzeba być bardziej zmotywowanym do takiego spotkania. W końcu Lech jechał do Warszawa już po raz kolejny z rzędu. Zresztą sama oprawa przygotowana przez kibiców Dumy Wielkopolski dumnie głosiła Do trzech razy sztuka. Niestety ostatecznie ziściło się inne powiedzenie, które komentujący ten mecz Czesław Michniewicz zaczerpnął z włoskiej sentencji prezesa Zbigniewa Bońka: kto przegrał w finale dwa razy, polegnie i po raz trzeci.

Oczywiście nie ulega bowiem wątpliwości, że z przebiegu gry Lech zasługiwał na wygraną w regulaminowym czasie gry. Miał multum niezłych sytuacji, szczególnie w pewnym fragmencie pierwszej połowy niemal nie opuszczał pola karnego Pāvelsa Šteinborsa. Żaden z ofensywnych zawodników, a nawet aktywny w jednej z akcji Tomasz Kędziora nie zdołali jednak wpakować piłki do bramki wyczyniającego też pewne cuda łotewskiego golkipera.

Druga połowa? W sumie to nadal była pewna dominacja Lecha. Swoją świetną okazję na zdobycie bramki miał Marcin Robak, ale piłka po jego strzale głową jedynie obiła słupek. I wreszcie słynna już 90. minuta i więcej niż stuprocentowa szansa. Wprowadzony na boisku w tej części gry Maciej Makuszewski kapitalnie wystartował z własnej połowy, minął Krzysztofa Sobieraja, pognał pod szesnastkę Arki, podał do Radosława Majewskiego, który... z dziesięciu metrów przestrzelił. Czemu ten świetnie technicznie piłkarz zdecydował się na uderzenie prawą nogą, choć mógł to ze spokojem uderzyć drugą kończyną? Tego nie wie nikt.

O przebiegu przeklętej dogrywki pewnie wielu z Was już słyszało, a nawet obejrzało na własne oczy. 107. minuta i niezrozumiałe zachowanie duetu Nielsen - Burić. Pierwszy kompletnie nie upilnował Rafała Siemaszki, drugi przepuścił pewnie jedną z największych szmat w swoim życiu. Szkoda obu, bo widać było, że bardzo zależało im nie tylko na zdobyciu trofeum, ale może też przekonaniu Nenada Bjelicy, by stawiał na nich częściej.



Drugi gol dla Arki był natomiast kontrowersyjny. Czy aby stracie piłki przez Radka Majewskiego nie towarzyszył aby faul gracza Żółto-Niebieskich? Moim zdaniem, choć Maja sam zachował się w tej sytuacji fatalnie, to nie było to też czyste zagranie gdynian. Inna sprawa, że potem gola strzelił Lechowi po szarży nie z tej ziemi niejaki Luka Zarandia - Gruzin po pokaźnej, lecz nie do końca super sylwetce, który dotąd w Ekstraklasie pojawił się na boisku dwukrotnie. Dodajmy, że 21-latek minął w tej akcji z palcem w tyłku Łukasza Trałkę, podobnie jak później kiwnął Jana Bednarka. O stratę gola Buricia tutaj obwiniać nie można, choć pewnie też mógł zrobić nieco więcej.

Lech zdołał jeszcze odpowiedzieć na dwa trafienia Arki, ale gol Łukasza Trałki (!) po ładnej asyście z rzutu rożnego Răduţa już ostatecznie nic nie dał. To beniaminek zdobył Puchar Polski, doprowadzając do stanu szoku i niedowierzania tłumnie zgromadzonych i tego dnia kibiców Kolejorza na Narodowym.

O tym meczu pewnie jednak już się sporo naczytaliście. Niewiele osób zdecydowało się jednak nie tyle na jego analizę, co kilku faktów dotyczących tego starcia i ogólnie ważnych spotkań Kolejorza, w których ten w ostatnich latach zawodzi.

Pal licho starcia z Legią w obecnym sezonie, w których Lech spisał się notabene całkiem nieźle i akurat w ich zabrakło nieco zwykłego szczęścia. Duma Wielkopolski w meczach z czołówką Ekstraklasy (top 4) wygrał tylko raz - pamiętny mecz na pięści z Lechią Gdańsk 1:0. Poza tym poniósł aż pięć porażek. I oczywiście, jak brzmi popularna myśl, mistrzostwo wygrywa się zwycięstwami z tymi na papierze słabszymi, to jednak wygrane z rywalami z górnej części stawki też by się przydały.

Problem Lecha jest jednak szerszy. W ostatnich latach to nie tylko były bowiem przegrane finały Pucharu Polski, ale choćby też występy w europejskich pucharach. Klub o potencjale Kolejorza nie powinien dwukrotnie zaledwie remisować z takim Belenenses. Przecież ta drużyna w sezonie 2010/2011 potrafiła jak równy z równym rywalizować z takimi firmami jak Juventus, Manchester City czy Red Bull Salzburg, a potem nawet być blisko wyeliminowania późniejszego finalisty Ligi Europy, czyli Bragi - ach, gdyby nie ta poprzeczka Jakuba Wilka... Nastały takie czasy, że kibic Lecha musi cieszyć się z tego, że temu udaje się pokonać Videoton albo Lecha nawet nie ma w ogóle w europejskich pucharach, bo ląduje w tabeli za Piastem, Zagłębiem czy Cracovią - drużynami, które obecnie grają zaledwie o utrzymanie.



Paradoksalnie nawet mistrzostwo kraju za kadencji Macieja Skorży zostało zdobyte w podobny sposób. W ostatnim meczu sezonu Lech nie zdołał przy 40-tysięcznym tłumie własnych kibiców pokonać nie grającej już o nich Wisły Kraków, do końca drżąc o bezbramkowy remis. A gdyby w tamtym meczu Paweł Brożek wykorzystał jedną ze swoich szans, to mielibyśmy wówczas w Poznaniu piękną tragedię.

Kończąc jednak ten wątek: zjechałem w tych kilku powyższych akapitach Lecha, ale od drużyny nie należy się odwracać w żadnym momencie sezonu, nawet jeśli ta nas straszliwie zawiodła. Dlatego nie pojmuję wielu opinii kibiców po wtorkowym finale, którzy zamierzają oddać karnety czy pragną ponownej rewolucji albo zaczynają domagać się nawet rozstania z trenerem Bjelicą (!) - owszem, popełnił on w tym spotkaniu kilka błędów, lecz, jak to trafnie ktoś zauważył - to nie jego wina, że choćby taki Maja nie zdołał wpakować piłki z kilku metrów, a Jevtić rozegrał jeden z najsłabszych meczów w sezonie. Fani niech się jednak ogarną i spróbują pomóc drużynie w tych ostatnich sześciu, jakże zresztą ważnych meczach obecnego sezonu.

Kilku rzeczy oczywiście jednak nie zrozumiem: wiele osób domagało się już wcześniej więcej minut dostał Mihai Răduţ - tymczasem w kuluarach pojawiały się informacje, że jest on szykowany na finał Pucharu Polski, w którym nagle na skrzydle w podstawowym składzie wybiegł Dawid Kowancki, a Rumun pojawił się jako ostatni z rezerwowych. Ubiegł go nawet słaby niestety jak barszcz w tym sezonie Szymek Pawłowski. Wiele osób dziwi się, że w takim meczu Bjelica postawił na Buricia, rezygnując przy tym ze świetnego Putnockiego. Tylko że tak wygląda system w Lechu, że drugi bramkarz broni w pucharze, poza tym Jasiek ostatnio z meczu z Koroną tak naprawdę uratował Lechowi poniekąd trzy punkty - tu więc chorwackiego szkoleniowca będę bronić. Ale czemu zrezygnował z niezawodnego wiosną Wilusza - tego pojąć nie mogę.

Mam jednak nadzieję, że kibice nie odwrócą się teraz od klubu, bo ich wsparcie będzie bardzo potrzebne na finiszu Ekstraklasy, w której Lech Poznań ma wciąż wielkie szanse na końcowy triumf. I choć z tak mierną w tym sezonie Arką przegrywać Kolejorzowi nie można, to drużynie Leszka Ojrzyńskiego należą się oczywiście również gratulacje. 44-latek miał swój plan na to spotkanie, który został całkowicie zrealizowany. Teraz jednak obie drużyny najbardziej muszą skupić się na Ekstraklasie - Lech w niedzielę zagra w Niecieszy z Bruk-Betem, z kolei Arkę czeka w poniedziałek spotkanie przyjaźni z Cracovią. I jeśli Wielka Triada chce gościć na boiskach Ekstraklasy w całości w przyszłym sezonie, a może nawet z mistrzostwem i pucharem kraju, to musi mocno się postarać na finiszu. Pod względem piłkarskim jest w stanie - pytanie tylko, jak będzie to wyglądać mentalnie.

Lech Poznań - Arka Gdynia 1:2 (0:0) - po dogrywce
2.05.2017, PGE Narodowy w Warszawie, 16:00

Gole: 119' Trałka - 106' Siemaszko, 118' Zarandia

Lech: Jasmin Burić - Tomasz Kędziora, Lasse Nielsen (109' Mihai Răduţ), Jan Bednarek, Maciej Wilusz - Łukasz Trałka, Maciej Gajos, Radosław Majewski - Darko Jevtić (85' Szymon Pawłowski), Marcin Robak, Dawid Kownacki (73' Maciej Makuszewski)

Arka: Pāvels Šteinbors - Tadeusz Socha, Krzysztof Sobieraj, Michał Marcjanik, Marcin Warcholak - Antoni Łukaszewicz, Adam Marciniak - Marcus da Silva (55' Rafał Siemaszko), Mateusz Szwoch, Miroslav Bożok (82' Dominik Hofbauer) - Przemysła Trytko (71' Luka Zarandia)

Kartki: Robak - Szwoch, Marcus Vinícius, Łukasiewicz, Zarandia (żółte)

Sędzia: Tomasz Musiał (Kraków)

Widzów: 43 760


Autor: Piotr Przyborowski | @P_Przyborowski | piotrek.przyborowski@gmail.com | foto: Twitter / SzybkiBill1, K_Marut, PolscyKibicePL

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

tv