12 lipca 2015

Adiós, capitano!


Stało się to, co się stać musiało – tak najlepiej skwitować odejście Ikera Casillasa z Realu Madryt. Kapitan spędził w klubie łącznie 25 lat, w tym 16 w pierwszej drużynie, od odejścia Raula w 2010 roku pełnił funkcję kapitana. 

Jego parady wielokrotnie ratowały zespół, podczas bardzo chudych lat - od końcówki pierwszej kadencji Florentino Péreza, przez cały okres panowania Ramona Calderóna, aż po pierwszy rok drugiej kadencji obecnego sternika klubu bardzo często był jedynym utrzymującym galaktyczny poziom piłkarzem w drużynie. Jednak później, gdy klub dźwignął się już z kolan, jego konflikt z trenerem Mourinho podzielił madridismo na dwa stronnictwa, ten konflikt trwa do dziś i prędko się nie skończy. W ostatnim sezonie, gdy znów powierzona została mu funkcja pierwszego golkipera, widać było wyraźny spadek atrybutów fizycznych, był jednym z najgłośniej krytykowanych graczy. Teraz odchodzi i debata o jego zasługach dla Królewskich rozgorzała na nowo.

Niedawno, gdy ogłoszono przyjście do klubu Rafaela Beníteza, postanowiłem przypomnieć sobie, jak jego Liverpool zgniótł Merengues w 1/8 finału Ligi Mistrzów wynikiem 5:0 w dwumeczu. W blamażu na Anfield tylko jeden z graczy gości nie wyglądał jak dmuchana lalka. Był to Iker, bez niego wynik końcowy mógłby brzmieć 7 lub 8 do zera. Wyjął kilka niemożliwych piłek, co niestety nie zmieniło nic, aczkolwiek był wtedy jedynym galáctico na placu gry. Prawdziwą legendą, dzieckiem Realu, jedynym powodem do zanikającej przez kilka poprzednich lat dumy madridismo: najlepszy bramkarz świata bronił właśnie u nich. Nigdy nie będzie mu zapomniane trzykrotne genialne zatrzymanie strzałów Bayeru Leverkusen w Glasgow w 2002 roku, co pozwoliło na zdobycie La Noveny; wtedy, w wieku 21 lat miał już na koncie dwa triumfy w Lidze Mistrzów. Wtedy brakowało mu sukcesów z reprezentacją, ale i to nadrobił. Mistrzostwo świata i dwukrotny czempionat w Europie, za każdym razem był kluczowym punktem La Roja. Wszystko, co definiuje żywą legendę.

Jednak Realowi nie wystarczyło, że ich bramkarz święci sukcesy, oni sami chcieli wrócić na szczyt. W tym celu do stolicy Hiszpanii do najlepszego bramkarza globu dołączył najlepszy trener na świecie – José Mourinho, którego zadaniem było przywrócić konkurencyjność klubu. Jego zasługi dla madridismo wszyscy znają, chociaż nie brakuje ludzi zarzucających mu zniszczenie señorío Realu Madryt i legendy Casillasa. O ile w pierwszym sezonie symbioza działała, jak należy, to później pojawiły się niewielkie scysje, zwłaszcza że Iker miał kilka niewyraźnych spotkań, które kosztowały Real utratę paru ligowych punktów. Sezon 11/12 jako taki był oczywiście wielkim triumfem, wreszcie zdobyto tytuł La Liga, pechowo stracona Liga Mistrzów miała być na wyciągnięcie ręki w następnym sezonie, zniszczona została dominacja Barcelony, ale forma El Santo nie była już tak stabilna. Co prawda, w lecie znów został mistrzem Europy, ale w następnym sezonie jego dyspozycja była bardzo, bardzo zła. Liga została przegrana praktycznie w październiku, a kolejne błędy Casillasa doprowadziła do posadzenia go na ławce. Tak zaczęła się otwarta wojna. Co prawda Antonio Adán nie okazał się zmiennikiem na poziomie wyższym niż ten prezentowany przez Castillę, przez co Iker wrócił do bramki, ale szybko musiał z niej zejść, po złamaniu ręki po kolizji z kolegą z drużyny, Álvaro Arbeloą. Zrządzenie losu wprost nieprawdopodobne, jako że boczny obrońca przez cały czas otwarcie wspierał Mourinho, a jego pojęcie madridismo było całkowitym przeciwieństwem myślenia Casillasa. Rodzina bramkarza do dziś nazywa Arbeloę „arcywrogiem” syna i człowiekiem Péreza. Jako że poziom Adána był już znany, jasne było, że Real potrzebuje nowego golkipera. Padło na Diego Lópeza, również wychowanka Królewskich, wcześniej grającego w Villarreal i Sevilli. Ku swojemu nieszczęściu miał bardzo podobne poglądy do Arbeloi, co sprawiło, że zarówno on, jak i Mourinho do końca swojej kariery w Madrycie byli szkalowani przez dziennikarzy będących przyjaciółmi Ikera. Tutaj zaczyna się kolejny aspekt, który musi być wzięty pod uwagę w ocenie pobytu bramkarza w Realu. Zawiązane zostały przyjaźnie między nim a niektórymi dziennikarzami: Julianem Ávilą czy kilkoma przedstawicielami grupy Prisa, wydającej dzienniki takie jak AS czy El País. Notabene grupa ta od wielu lat jest na wojennej ścieżce z Florentino Pérezem, próbując dostać się do wnętrza klubu, używając jako tarcz Jorge Valdano czy Casillasa oraz żurnalistów takich, jak Alfredo Relaño, Tomas Roncero, Diego Torres i im podobni. Na dodatek narzeczona Casillasa, Sara Carbonero pracuje w telewizji La Sexta. To właśnie ona w lutym 2013, przed arcyważnymi meczami z Barceloną i Manchesterem United poinformowała o rebelii piłkarzy Realu przeciwko trenerowi. Już wcześniej, w sezonie 2010/11 pojawiły się informacje, jakoby w szatni Królewskich działał 'kret' wynoszący informacje, ale w 2013 przybrały one na sile. Sezon zakończył się spektakularną klapą, nieudaną remontadą z Borussią Dortmund i odejściem Portugalczyka.

Następny trener, Carlo Ancelotti, ku zaskoczeniu wszystkich nie oddał Casillasowi pierwszych skrzypiec, oddelegowując go na mecze pucharowe, podczas gdy w lidze bronił Diego López. Po pierwszym Klasyku w sezonie 13/14, gdy Barcelona po raz pierwszy od ponad roku pokonała Real, trener Azulgrany – Tata Martino przyznał na konferencji prasowej, że były przecieki, że Sergio Ramos zagra w środku pola, co pozwoliło zmienić ustawienie drużyny na parę godzin przed meczem. Znaczenie było jasne – domniemany kret istniał i nie przestał wynosić planów trenera z szatni. Podejrzany był jeden, zawodnik z długim stażem, sfrustrowany oglądaniem kolejnego Klasyku z ławki rezerwowych. Sezon należy jednak uznać za bardzo udany, mimo że nie udało się wygrać w lidze. Królewscy pokonali Barcelonę w finale Pucharu Króla, oraz doszli do finału Ligi Mistrzów, wreszcie mając szansę na upragnioną Décimę. W pierwszej połowie finału Iker popełnił tragiczny błąd, który do 92 minuty i 48 sekundy oznaczał porażkę Blancos. Został jednak uratowany przez Sergio Ramosa i jego wspaniały strzał głową.

Po wakacjach López usłyszał, że nie ma dla niego miejsca w klubie, a pierwszym bramkarzem został Casillas. To oznaczało jeszcze jedną szansę, ale było już jasno widać, że to, co dawniej zrobiło Ikera niedoścignionym, zniknęło. Ruchliwość, refleks – to stało się obce dla 33-letniego bramkarza. I o ile na początku drużyna prezentowała się dobrze, to później, razem ze słabszą dyspozycją obrony okazało się, że w niedawnej ścianie porobiło się sporo wyrw, szczególnie po bokach. Strzały w okolice rogu bramki, czy nawet silne uderzenia w środek były ponad możliwości. Porażka na wszystkich frontach kosztowała posadę Ancelottiego, ale i udowodniła, że to musi być ostatni sezon El Santo jako golkipera numer 1. Jako że nie chciał przypominać sobie gorzkich lat spędzonych jako rezerwowy, wolał odejść, a i włodarze klubu odetchnęli z ulgą.

Co do mojej opinii, na pewno nie można przekreślić zasług Ikera, ale, jak trafnie zauważył hiszpański dziennikarz Manuel Jabois, to już nie Casillas, to Ten, Co Tyle Nam Dał, czy Przy rożnych obrona nie broniła bramki; broniła Casillasa. Na pewno znacznie bliżej mi do poglądów Arbeloi, Xabiego Alonso czy Lópeza, demonstrujących prawdziwe wartości madridismo i nigdy nie działających na szkodę klubu. Nie mogę powiedzieć, że Casillas cokolwiek zniszczył, czy bardzo mnie rozczarował, każdemu, kto jest na świeczniku, upadek z niego musi sprawiać ból. Pod wpływem tych negatywnych emocji zdarzają się fatalne błędy, a przecież każdemu zdarza się pójść niewłaściwą drogą. Nie płaczę po Ikerze, ale również nie zamierzam go szkalować.

Autor: Zbigniew Jankiewicz @zbig_realista | zbig.jankiewicz@gmail.com | foto: Facebook.com / FCPorto

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

tv