1 października 2020

D(r)eszczowiec z niebiesko-białym happy endem

foto: Adam Jastrzębowski / Lech Poznań

Są takie dni w życiu każdej Lechitki i każdego Lechity, gdy po prostu trzeba być z tej drużyny dumnym. Tak jest po dzisiejszej wygranej 2:1 nad Charleroi.

Te wszystkie Utrechty, Żalgirysy, Stjarnany, no swoje już w tych pucharach każdy kibic Lecha przeżył. Dlatego robi się nieco cieplej na serduszku, gdy Kolejorz pokazuje, że jego europejska marka wciąż jeszcze zupełnie nie przygasła. A że Duma Wielkopolski  stawia czoła ekipom z lig solidniejszych niż polska Ekstraklasa, prezentując przy tym naprawdę przyjemną dla oka grę, to już tylko bardzo miły dodatek.

Cztery rundy. 13 strzelonych goli. Zaledwie jeden stracony, właśnie z Charleroi. Belgowie mieli być najcięższym przeciwnikiem Lecha i tacy rzeczywiście się okazali. Choć wielu ekspertów określało też ekipę Zebr mianem rywala absolutnie do ogrania. Może po horrorze, ale do odprawienia z kwitkiem.


I może w czwartkowy wieczór na Stade du Pays de Charleroi mieliśmy raczej do czynienia z mocnym dreszczowcem, aniżeli z horrorem, to z pewnością w niejednym wielkopolskim domu było blisko wzywania kardiologa. Lech strzelił dwa gole za sprawą Daniego Ramireza i Tymoteuszcza Puchacza, ale w drugiej połowie przypomniał o swojej ciemnej stronie. Rzut karny, na szczęście obroniony przez Filipa Bednarka, potem jednak kontaktowa bramka dla rywali oraz czerwona kartka za dwie żółte otrzymana przez Lubomira Satkę.


Było nerwowo. Było chwilowe odcięcie prądu. Ostatecznie jednak ten świetnie dobrany personalnie zespół pokazał, że choć młody, to już jest na tyle dojrzały, by zagrać w fazie grupowej Ligi Europy. O tym, z kim się w niej zmierzy, dowiemy się jutro. A na razie się po prostu cieszmy! 

Piotrek Przyborowski
@P_Przyborowski
📷 Adam Jastrzębowski / Lech Poznań

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

tv