4 października 2019

To nie circus, lecz Liga Mistrzów

Manchester City i okolice jesieni niektórym z kibiców Lecha Poznań już pewnie zawsze będą kojarzyć się z owianym teraz wręcz legendą sezonie 2010/2011, kiedy to Kolejorz jak równy z równym rywalizował z The Citizens w Lidze Europy. Od tego czasu zmieniło się jednak wiele. City to w tym momencie jedna z najlepszych ekip na świecie, prowadzona przez takiego geniusza jak Pep Guardiola. Lech z kolei zamiast zbliżać się do ostatniej prostej planu 2020, zamiast tego znowu musi opracowywać nową strategię. Ale jest jedna osoba, która miała okazję tej jesieni odwiedzić to północnoangielską metropolię. To Nenad Bjelica, którego rozstanie z Bułgarską do dzisiaj przyprawia mnie o ból głowy.

Odejścia Nenada z Poznania wciąż nie mogę sobie wybaczyć. Goszcząc we wtorkowy wieczór na Eithad Stadium już od samego początku widziałem znajome twarze. A to na rozgrzewce swoich piłkarzy po chorwacku zachęca do szybszych wymachów doktor Martin Mayer, a to na ławce rezerwowej osadzonej na trybunach stadionu mistrza Anglii pojawia się uśmiechnięta twarz Rene Pomsa. Ten austriacki duet wraz z Bjelicą tworzyli perfekcyjne trio zarówno w Austrii, jak i później również we Włoszech i w Polsce. Teraz prowadzi natomiast Dinamo od jednego do kolejnego sukcesu.

Nie ulega wątpliwości, że był to jeden z najbardziej profesjonalnych sztabów szkoleniowych w historii Lecha. Owszem, również jeden z najdroższych, choć przecież chwilę później jeszcze więcej Kolejorz wydawał rzekomo na niemal reprezentacyjną grupę współpracowników Adama Nawałki. Kwota, którą prezes Karol Klimczcak przesyłał miesięcznie na konta Bjelicy i spółki, była jednak adekwatna do wykonywanej przez nich pracy. Lech z Chorwatem na pokładzie dwukrotnie kończył ligę na podium. Coś, co teraz jest celem, wówczas (a mówimy przecież o zaledwie dwóch latach wstecz) było standardem.



Sytuacja z odejściem Bjelicy z Lecha nie jest czarno-biała. Z jednej strony, wiadome było, że już wcześniej dostawał on oferty od Dinama, więc nic dziwnego, że w końcu zdecydował się jedną z nich przyjąć. Z drugiej, należy stawiać sobie pytanie, czy władze Kolejorza zrobiły wszystko, by Chorwata do pozostania przy Bułgarskiej przekonać? Po transferach takich tuz jak Ołeksij Chłobłenko, śmiem wątpić.

Wiadomo, że Bjelica w Poznaniu też popełnił błędy. Kompletnie zwariował z ciszą medialną. Jego drużyna koncertowo spaprała na papierze wygrany przed meczem finał Pucharu Polski z Arką. Zwieńczeniem tego była kompromitacja w fazie finałowej Ekstraklasy. Trzeba jednak przyznać, że za Bjelicy w Lechu pod wieloma względami zapanował profesjonalizm, organizacja i jakość, której nigdy wcześniej, ani później nie widzieliśmy. To wszystko momentami naprawdę wyglądało na europejskim już poziomie. A samo jego zwolnienie było już oczywiście głupotą, wykonaną przez zarząd pod publiczkę. 

Teraz 48-latek jest już od blisko półtora roku znów w ojczyźnie i raczej nie żałuje. Choć sam nie traktuje się jako prawowitego zdobywcę mistrzostwa z sezonu 2017/2018, oficjalnie ma do tego prawo. Tak jak i do Pucharu Chorwacji, który jego ekipa też zdobyła kilka dni po jego zatrudnieniu w Zagrzebiu. W minionym sezonie tego drugiego trofeum nie udało mu się już wywalczyć (tak, przegrał w finale), ale mistrzostwo pozostało na Maksimirze. A teraz zawitała tam również Liga Mistrzów.

2,33 punktu na mecz zdobywa Dinamo pod wodzą Nenada Bjelicy. Spośród 76 meczów wygrał aż 55, zremisował 12 i przegrał tylko 9. 

Już w minionym sezonie w europejskich pucharach było co najmniej obiecująco. Co prawda, Dinamo mimo remisu na wyjeździe odpadło wówczas w fazie play-off eliminacji LM z Young Boys Berno, to w Lidze Europy szalało. Przetrwało jesień, wyszło z grupy, a wiosną odpadło dopiero w 1/8 finału z Benficą.

Nic więc dziwnego, że przed tym sezonem oczekiwania były jeszcze większe. Mimo pewnych perturbacji (choćby remis u siebie z Ferencvárosem w pierwszym z meczów trzeciej rundy eliminacji LM) Dinamo ostatecznie zapukało do bram raju najbardziej pożądanych rozgrywek europejskich. I już w pierwszym meczu fazy grupowej sprawiło nie lada sensację, demolując aż 4:0 Atalantę.



W środowym meczu z City mistrzowie Chorwacji od początku nastawiali się raczej na bronienie dostępu do własnej bramki. I przez większą część spotkanie wychodziło im to całkiem nieźle. Na boisku defensywą świetnie dyrygował nie kto inny jak Emir Dilaver. Rozgrzewający się przy linii bocznej inni starzy znajomi - Mario Situm i Damian Kądzior, w 66. minucie musieli jednak spuścić głowy. To właśnie wtedy wprowadzony na boisko w drugiej połowie Raheem Sterling zgubił krycie byłego defensora Lecha i dał mistrzom Anglii prowadzenie. Gol Phila Fodena z doliczonego czasu gry to już jedynie efekt ryzyka, na który zdecydował się Bjelica w samej końcówce.

Dinamo, podobnie jak dziewięć lat temu Lech, w Manchesterze z City więc przegrało, ale tak jak Kolejorz wstydu na tym niezwykle ciężkim angielskim terenie raczej się nie najadło. I wciąż ma również poważne awans na wyjście z grupy. Teraz przed Modri być może jeden z najważniejszych dwumeczów w nowożytnej historii klubu. Jeśli z Szachtarem uda się wywalczyć przynajmniej te cztery punkty, droga do fazy pucharowej LM stoi otworem. Tak jak i piłkarskie salony czekają na Nenada Bjelicę. Reprezentacja Chorwacji? Klub z Bundesligi, ale już tej niemieckiej? W tym momencie takie opcje wydają się więcej niż prawdopodobne. I w tym wszystkim, jak zwykle, szkoda tylko tego poznańskiego kibica.

Piotrek Przyborowski
📷 Piotrek Przyborowski

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

tv