17 maja 2015

Dwadzieścia lat czekania, trzy finały pod rząd... iLa Novena!


Real Madryt pokonał w swojej hali Olympiakos Pireus 78:59 w finale Euroligi, wygrywając najważniejsze europejskie rozgrywki po raz dziewiąty w swojej historii. Tym samym Królewscy są najlepszą drużyną Europy po raz pierwszy... od dwudziestu lat.

Nic dziwnego, że kibice ekipy z Madrytu byli już bardzo wygłodniali sukcesu, osiągnięcia krajowe nie były już wystarczające. Zarówno rok, jak i dwa lata temu Królewscy polegli na ostatniej przeszkodzie, najpierw z Olympiakosem (tak więc udało się wziąć rewanż), a później z Maccabi Tel Awiw.

Stanowi to potwierdzenie reguły, że gdy król Hiszpanii jest obecny na finale z udziałem Realu, Blancos pokonują rywala. W ubiegłym sezonie zarówno sekcja piłkarska, jak i koszykarska wygrały puchar imienia monarchy, a Juan Carlos I siedział po prawej stronie Michela Platiniego na Estádio da Luz w pamiętną noc La Decimy. W tym roku piłkarze rozczarowali, za to Madrid Baloncesto wygrali zarówno Puchar Króla, jak i Euroligę. Notabene, przed sezonem nastąpiła zmiana na tronie, Juana Carlosa zastąpił Felipe VI, ale seria zwycięskich finałów z królem na trybunach nie zakończy się w tym sezonie.

Przechodząc do przebiegu meczu, na początku dominowali Grecy. O ile od prowadzenia zaczęli Merengues, później szczelna obrona drużyny z Pireusu zmusiła gospodarzy turnieju do rzutów za trzy punkty, w większości nieudanych. Co więcej, rozczarowywali też podkoszowi, którzy rzadko kiedy popisywali się zbiórką. To wszystko zadecydowało o prowadzeniu Olympiakosu po pierwszej kwarcie 19:15.

Mocno zmotywowani przez Pabla Lasa koszykarze Realu od początku drugiej kwarty rzucili się do odrobienia strat, co też dość szybko się udało, dzięki wspaniałej grze Maciulisa i Nocioniego zarówno z przodu, jak i z tyłu. Nie poprzestali na tym, uskrzydleni remontadą jeszcze przed końcem połowy osiągnęli wynik 35:28.

Również po przerwie goście stracili kilka piłek, najpierw rzut spod kosza, później trójka i przewaga liczyła już 11 punktów. Ale jako że koszykówka jest sportem pełnym zwrotów akcji, i tym razem sytuacja zmieniła się jak w kalejdoskopie. Olympiakos w kilka minut rzucił 12 oczek z rzędu i wyszedł na prowadzenie 41:40. Fatalną passę Realu w ataku przerwał wspaniałą trójką najlepszy zawodnik meczu, Jaycee Carroll. To pobudziło gospodarzy do działania, wynik zmienił się w 43-43, później w 51-44, po czym przed syreną oznajmiającą ostatnią przerwę obie ekipy rzuciły po dwójce.

Finalną część spotkania rozpoczął Nocioni celnym rzutem za trzy, co podłamało trochę drużynę z Grecji. Mimo że po dwóch akcjach Huntera przewaga zmniejszyła się do sześciu punktów (56:50), Królewscy szybko odbudowali pierwotny stan. Pięć minut przed końcem Sloukas trafił z dystansu i nastały dwie minuty przestoju, podczas których każda drużyna miała swoje szanse: Real na zakończenie emocji, Olympiakos na pozostanie w grze. Koniec końców jeszcze raz za trzy rzucił Nocioni, a piłka wpadająca do kosza dała sygnał, że trofeum jest już bardzo blisko. Goście zaczęli faulować, by zyskać czas, ale jak na złość Madryt trafiał rzuty wolne, a Grekom nie wychodziły akcje pod koszem. Na koniec każda z ekip trafiła po dwójce i po dwa wolne (73:59), a wynik przypieczętował Sergio Rodriguez najpierw trafiając za dwa, a później za trzy punkty.

Podsumowując, Real zrobił duży krok w kierunku trypletu. Paradoksalnie, jest w odwrotnej sytuacji jak sekcja piłkarska Barcelony; im brakuje tylko ligi, w której są faworytami, a Azulgrana zapewniła sobie jak na razie tylko ligę. Blancos na pewno zagrają w playoffach jako lider tabeli, mając przewagę trzech zwycięstw i mecz zaległy na jedną kolejkę przed końcem.

Autor: Zbigniew Jankiewicz  zbig.jankiewicz@gmail.com | foto: Twitter / Euroleague

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

tv