2 sierpnia 2015

Wenger utarł nosa Mourinho. Tarcza Wspólnoty dla Arsenalu

Za nami mecz o Tarczę Wspólnoty, czyli angielski superpuchar. Ta trafiła w ręce zawodników Arsenalu, którzy w spotkaniu na Wembley okazali się lepsi od Chelsea i pokonali ją 1:0.

Wyposzczeni fani angielskiej Premier League odliczają już dni (a co niektórzy nawet sekundy) do startu kolejnego sezonu. Ze zniecierpliwieniem obserwują transferowe manewry swoich ulubionych klubów, śledzą ich poczynania w międzynarodowych sparingach. Odwiedzają wróżbitów i zaglądają w szklane kule aby znaleźć odpowiedź na pytanie: Jaki będzie ten sezon? 

Dla tych najbardziej wygłodniałych w minioną niedzielą nadeszło wybawienie w postaci meczu o Tarczę Wspólnoty, który tradycyjnie poprzedza zmaganie w najwyższej klasie rozgrywkowej w Anglii. Od 1908 roku stają w nim do walki mistrz kraju i zdobywca krajowego pucharu. W tym roku zmierzyły się ze sobą drużyny z Londynu: Arsenal i Chelsea. Derby zapowiadały ciekawy pojedynek z wieloma podtekstami: od zwyczajowej sąsiedzkiej rywalizacji, po najnowsze roszady transferowe. Kiedy zgromadzona publika zasiadła na trybunach Wembley, a pan Anthony Taylor dmuchnął w gwizdek, zaczął się wspaniały piłkarski spektakl!

Jeżeli w powyższym stwierdzeniu jest przesada, to jest ona wyjątkowo niewielka. Już pierwsze sekundy zaprezentowały to, z czego słynie Premier League. Ostrą, bezpardonową walkę o każdą piłkę, agresywny pressing i pasje w każdym zagraniu. Mecz o Tarczę Wspólnoty należy traktować jako większy sparing, taki, który nie przynosi większych korzyści. Jest to jedynie sprawa prestiżu i to takiego mniejszego kalibru. A mimo to mogliśmy zobaczyć, jak dwie niedarzące się sympatią drużyny rzucają się sobie do gardeł. I to dosłownie, w czym największa wina leży po stronie sędziego, który zdecydował się postawić poprzeczkę agresji na wyjątkowo wysokim poziomie. Spowodowało to masę kuksańców, niebezpiecznych wślizgów i przepychanek po obu stronach boiska. Jedni powiedzą, że to wspaniała decyzja, bo zyskało na tym widowisko. Inni, że arbiter powinien lepiej pilnować kości piłkarzy, którzy do poważnej walki powinni zabrać się dopiero 8 sierpnia. Na całe szczęście obyło się bez poważnych kontuzji i większych personalnych starć, no może pod koniec trochę się zagotowało między Radamelem Falcao a Mikelem Artetą, ale sędzia błyskawicznie wkroczył do akcji(odniosłem wrażenie, jakby samodzielnie chciał spacyfikować obydwu zawodników!) i ostudził gorącokrwisty temperament obu zawodników.


Wysoki próg tolerancji sędziego sprawił jednak, że gra toczyła się bardzo płynnie. I wcale nie mówię tu o tempie sparingowym. Piłkarze śmigali po boisku, kręcili oponentami aż miło było oglądać. Arsenal jak zawsze starał się zachwycać Wengerball, czyli szybką wymianą podań na jeden kontakt. Chelsea natomiast postawiła na działania hipnotyczne, leniwie przerzucając i holując piłkę, by nagle jednym podanie stworzyć zagrożenie pod bramką Petra Čecha... Zaraz, zaraz, jak to Petra Čecha!? Wiem, na zorientowanych w futbolu ta tania zagrywka nie sprawiła żadnego wrażenia, ponieważ transfer Czeskiego bramkarza był jednym z najgłośniejszych na Wyspach. Legenda klubu z niebieskiej części Londynu, z którym wygrał praktycznie wszystko, który bronił bramki na Stamford Bridge przez 451 spotkań, zarówno na ligowych, jak i na europejskich boiskach, przeniosła się do Arsenalu. Petr nie był w stanie wygrać rywalizacji z Thibaut Courtois, który po powrocie z wypożyczenia z Atletico Madryt od razu został pierwszym wyborem José Mourinho. Sfrustrowany Czech przystał na ofertę Arsène Wengera i od tej pory będzie bronić wrót Emirates Stadium. Doświadczenie i spokój znanego ze swojego kasku bramkarza wyszło w trakcie swojego pierwszego meczu przeciwko byłej drużynie. Petr był maksymalnie skoncentrowany, perfekcyjnie przewidywał lot piłki, a kiedy było trzeba potrafił fenomenalnie interweniować, jak chociażby wtedy gdy bronił strzał Oscara z rzutu wolnego. Wszyscy, którzy krytykowali ten jedyny jak dotąd transfer francuskiego menedżera Arsenalu, powinni jak najszybciej posypać głowy popiołem, bo jak do tej pory w każdym meczu Petr Čech zdobywa dla Kanonierów jakieś trofeum(3 mecze= 3 trofea).

Nie da się ukryć, że choć bramkarz odgrywa wielką rolę na boisku, to jednak zawodnicy z pola odpowiedzialni są za ten najważniejszy element gry- strzelanie bramek. Obie londyńskie drużyny okazji miały co niemiara, choć dochodzenie do czystych pozycji strzeleckich było niemałym wyzwaniem. Przyzwyczailiśmy się już do stylu gry Chelsea, w którym cały zespół odpowiedzialny jest za błyskawiczny pressing i odbieranie piłki rywalowi. Jednak gra Arsenalu mogła zaskakiwać. Preludium do zmian w stylu gry Kanonierów mogliśmy już dostrzec w zeszłym sezonie w trakcie meczu z drużyną Manchesteru City, w którym to Wenger postawił na pragmatyzm zamiast romantycznej walki huzia na józia. Do podobnej taktyki widocznie trzeba będzie zacząć się przyzwyczajać i całe szczęście, bo może to nareszcie odwrócić niekorzystny ostatnimi czasy trend, podług którego Arsenal punktowany był bezlitośnie przez drużyny z tzw. Top four.


Wracając do opisu samego spotkania: jedyną, zwycięską bramkę zdobył w tym spotkaniu Alex Oxlade-Chamberlain, który piekielnie mocnym strzałem znalazł górny prawy róg bramki Chelsea. Przy zdobyciu bramki bardzo pomógł mu Hector Bellerin, który wprawdzie bezpośredniego udziału poprzez asystę, ale swoim wpadnięciem w pole karne odciągnął Gary’ego Cahilla, przez co umożliwił czysty strzał młodemu angielskiemu skrzydłowemu. Była to pierwsza bramka strzelona Chelsea przez Arsenal od 505 minut. Posucha gorsza niż plaga głodu w Egipcie. Cheslea miała również swoje okazje, jak chociażby główka Ramiresa z pięciu metrów, który przeniósł piłkę nad poprzeczką, czy chociażby sytuacja sam na sam Edena Hazarda, który po fantastycznym podaniu Cesca Fàbregasa stanął oko w oko ze swoim byłym klubowym kolegą. Na nieszczęście kibiców The Blues Belg strzelił niczym Ramos z karnego i wysłał piłkę w górną kondygnacje trybun. Sytuacja tym bardziej dziwna, że zwykle takie okazje Hazard wykorzystywał z zawiązanymi oczami i z palcem w otworze. Kto wie, może to widok Petra Čecha sprawił, że skrzydłowy zbaraniał i pomyślał: Kto to widział strzelać na swoją bramkę? Arsenal miał swoje okazje na podwyższenie prowadzenia, zwłaszcza w końcówce spotkania, kiedy to Chelsea rzuciła wszystkie swoje siły do ataku. W decydującym momencie fatalnie zagrał jednak Santi Cazorla, który nie przyzwyczaił nikogo do takich futbolowych klopsów. Hiszpan w doskonałe sytuacji sam na sam zdecydował się nie wiedzieć czemu na próbę przekładania bramkarza, zamiast po prostu dostawić nogę i strzelać na prawie pustą bramkę. Dodatkowo potem popisał się ni to strzałem, ni lobem, przez co spowodował, że o wynik kibice Arsenalu musieli drżeć do ostatnich minut. Tak jak należy zganić Cazorlę, tak należy pochwalić Courtois, który przy pierwszej bramce nie miał najmniejszych szans, natomiast później wyciągał wszystko co dało się wyciągnąć.

Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 1-0. Arsène Wenger po raz pierwszy pokonał drużynę prowadzoną przez José Mourinho. Arsenal obronił Tarczę Wspólnoty, zdobywając ją po raz 14 w historii. W obu drużynach zabrakło ważnych ogniw zespołu, takich jak Diego Costa(jego brakowało najbardziej), czy Alexis Sanchez. To sprawia, że kolejne derby Londynu, pomiędzy Arsenalem a Chelsea zapowiadają się na jeszcze lepsze widowisko. Zegar odlicza każdą sekundę do startu Premier League, a ja w chwilach głębokiej refleksji wciąż zadaje sobie to samo pytanie: Kto im zaprojektował tak brzydką piłkę!?

Autor: Mateusz Cholewa | matichol96@gmail.com | foto: FCB.ch

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

tv