23 lipca 2015

Cudowna impreza, niesamowite wyniki. Portugalia mistrzem świata w beach soccerze!

Ciepło, ale nie gorąco. Atlantycki wiaterek zawiewa, a ja siedzę sobie na trybunach stadionu w Espinho, które łącznie mogły pomieścić 3,5 tysiąca widzów i obserwuję naprawdę niecodzienną imprezę. Mistrzostwa Świata w beach soccerze.

To był piątek, 10 lipca, zaledwie drugi dzień imprezy. Imprezy, na które bilety były... za darmo. Wystarczyło się jedynie zalogować na stronie Portugalskiego Związku Piłkarskiego lub po prostu udać się do nadmorskiej miejscowości-gospodarzy, do tamtejszej galerii handlowej i odebrać wejściówki w specjalnie wytyczonym lokalu.

Tego dnia na Praia da Baía, podobnie jak w inne dni fazy grupowej, rozgrywane były cztery spotkania. Na spotkanie Hiszpania - Iran (które La Roja przegrała 5:6!) niestety się nie załapałem, do Espinho za późno dotarłem. 

Pozostałe mecze, na których już byłem obecny, to dwa pojedynki w grupie D oraz jeden w C. A w nich drużny najbardziej niecodzienne, takie, których na trawiastym boisku obserwujemy tylko przy okazji różnych egzotycznych eliminacji, ale i również światowe potęgi.


Najpierw mecz Rosja - Paragwaj. Po jeden stronie obrońcy tytułu, łącznie zdobywcy dwóch mistrzostw świata, czterokrotni zwycięzcy Euro Beach Soccer League. Po drugiej drużyna, dla której to dopiero drugi mundial, zespół bez większych osiągnięć na arenie międzynarodowej. A jednak, na piasku wszystko jest możliwe, Sborna mocno męczyła się w swoim meczu otwarcia, losy meczu rozwiązały się dopiero w ostatniej tercji. Ostatecznie Rosjanie, ku radości dość sporej grupie fanów zza naszej wschodniej granicy, pokonali przedstawicieli Ameryki Południowej 7:5.

Zaraz po nim, około godziny 16, rozpoczęło się spotkanie... Tahiti - Madagaskar. Tak, to są Mistrzostwa Świata! Wyobrażacie sobie obecność tych dwóch zespołów na podobnej imprezie na trawie? No, ok, może Tahiti dwa lata temu wystąpiło na Pucharze Konfederacji, ale MŚ!? A jednak! Wszystko, co najlepsze w tym spotkaniu, miało miejsce jeszcze w pierwszej tercji, chociaż ostateczny cios Tahiti zadało w drugiej części, ostatecznie wygrywając 4:3. A teraz najlepsze, czyli nazwiska strzelców trzech goli dla zawodników z Afryki: Razafimandimby, Rabeasimbola, Razafimahatratra. Szpaku lubi to.


Kolejnym, ostatnim tego dnia meczem, który miałem przyjemność oglądać, był prawdziwy hit, no może ze względu na jedną z drużyn, ale i tak. Brazylia - Meksyk. Komplet 3,5 tysiąca widzów na trybunach, na nich zielone i żółte kolory, południowoamerykański hałas i ogólnie przecudowna atmosfera - te wszystkie cechy można było przypisać wszystkim spotkaniom Canarinhos na tym turnieju. Sam mecz niestety jednostronny, zakończony zwycięstwem Brazylii 5:1. To spotkanie miało też swój polski akcent. Głównym arbitrem tego meczu był Łukasz Ostrowski. Polak pełnił też tę samą funkcję w pojedynku półfinałowym Rosji z Portugalią.

Wydawało się, że nic nie stanie już na przeszkodzie podopiecznym Junior Negão i odzyskają oni po sześciu latach tytuł najlepszej drużyny świata. Tak się jednak, ku zawodowi całej rzeszy kibiców Brazylii zgromadzonych w Espinho, nie stało. Ogólnie jednak publiczność z końcowego wyniku z pewnością nie była zmartwiona, o tym jednak za chwilę.


Brazylijczycy potknęli się już niemal w fazie grupowej z Iranem, wygrywając tylko 4:3. Ostatecznie zajęli jednak pierwsze miejsce w swojej grupie i wydawało się, że wszystko jest w porządku. Zadaniu nie sprostali jednak obrońcy tytułu, Rosjanie, polegli w meczu z czarnym koniem z Tahiti 6:7 i tak oto los, a właściwie drabinka, obie te drużyny spotkał już w ćwierćfinale.

16 lipca wszyscy czuli, że tego dnia któryś z wielkich faworytów odpadnie. Mecz Brazylia - Rosja rozstrzygnął się dopiero po dogrywce. Na nic się zdała ich drużynowa i piękna gra na nic się zdała. Kirill Romanov, strzelec siedmiu goli na turnieju, i spółka uporali się z wielkimi Canarinhos i wygrali 6:5.


I chociaż obiektywnie rzecz ujmując, to był najlepszy mecz tych mistrzostw, tak pewnie kibice w Espinho nie do końca się ze mną by zgodzili. Dla nich ten turniej to przede wszystkim cudowna i niesamowita droga reprezentacji Portugalii do końcowego zwycięstwa.

Scenariusz turnieju układał się nawet podobnie jak na innej piłkarskiej imprezie, którą organizowali w przeszłości - Euro 2004. Tam też nie byli zdecydowanymi faworytami, a w finale spotkali się z kompletną niespodzianką i rewelacją (Grecją). Na pisaku z kolei w najważniejszym meczu przyszło im zagrać... z Tahiti!

Oceaniarze w fazie grupowej okazali się najlepsi, kończąc rywalizację w grupie D na pierwszym miejscu (czyli przed Rosją!), chociaż w meczu z Madagaskarem wcale nie byli zespołem znacznie lepszym, co ewentualnie doświadczonym. W drodze do finału Tahiti wyeliminowało najpierw po niezłym meczu zakończonym wynikiem 5:4 Iran, a w półfinale okazało się lepsze po jeszcze ciekawszym spotkaniu od Włoch, pokonując Italię dopiero w rzutach karnych (6:6, a w serii jedenastek 3:1).


Mecze o medale były już raczej jednostronne, chociaż w finale Portugalczycy ostateczny cios i gol na 5:3 strzelili dopiero w ostatniej minucie. Rosjanie natomiast pokonali Włochów bardzo pewnie, sobie gole dali wcisnąć już przy pięciobramkowym prowadzeniu, ostatecznie wygrywając 5:2.

Za mną przecudowna impreza, która daje mi tylko i wyłącznie dobrą opinię o instytucji, której ostatnio ma się aż tyle do zarzucenia. FIFA stanęła na wysokości zadania i wykonała kawał niezłej roboty, pytanie tylko, czemu nie zawsze potrafi być tak dobrze zorganizowana? Na trybunach panowała radość przede wszystkim z futbolu, ceny też nie były aż takie złe (1€ za pączka, 2€ za półlitrowy napój).

Tylko szkoda, że na kolejne MŚ w beach soccerze raczej sobie niestety nie pojadę, bo w 2017 roku odbędą się one na Bahamach. Ale w sumie, kto wie, kto wie?

Autor: Piotrek Przyborowski | @P_Przyborowski | piotrek.przyborowski@gmail.com | foto: Piotr Przyborowski

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

tv