30 sierpnia 2019

Bakero oszalał. Możdżeń chyba też


Niedługo minie dziewięć lat od gola, który stał się wizytówką, ale pewnie po części też i przekleństwem Mateusza Możdżenia. Pomocnik, który miał wszelkie predyspozycje ku temu, by pojechać robić karierę w wielki świat, pewnie wtedy jeszcze nie spodziewał się, że przed trzydziestką przyjdzie mu kopać piłkę w II lidze. Wszystko zmieniło się w minioną sobotę, kiedy ex-Lechita podpisał dwuletni kontrakt z Widzewem Łódź.

Miał być zachód, będzie wschód. I to nie rosyjska czy ukraińska ekstraklasa, lecz polska trzecia klasa rozgrywkowa. Tak pewnie niektórzy kibice Lecha podśmiewają się teraz z zawodnika, który w niebiesko-białych barwach rozegrał ponad sto spotkań. I spokojnie mógł ich nabić jeszcze znacznie więcej.

Odejścia Możdżenia latem 2014 roku nie potrafiłem zrozumieć. Owszem, był on w półroczu poprzedzającym jego opuszczenie Bułgarskiej ustawiany na nielubianej przez niego prawej stronie obrony, zamiast w preferowanej pomocy. Kolejorz złożył jednak w tamtym czasie młodego bądź co bądź warszawiakowi kilka naprawdę solidnych ofert kontraktowych. Te, oprócz odpowiednich gratyfikacji finansowych miały mu też zapewnić grę w drugiej linii w kolejnych sezonach.


Możdżeń z Lecha jednak odszedł. Najpierw była Lechia Gdańsk, ale tam ostatecznie stracił miejsce w pierwszym składzie. Później Podbeskidzie, w którym był jednym z liderów, ale co z tego, skoro drużyna z Bielska-Białej koniec końców w dość nietypowych okolicznościach spadła do I ligi. Pomocnik spadł na cztery łapy, trafił do Korony, gdzie przez ponad dwa lata cieszył się ciepłą posadką w Ekstraklasie. Do czasu...

Gino Lettieri jesienią minionego roku nie stawiał już na niego tak często jak wcześniej. Możdżeniowi kończył się też po sezonie kontrakt z Koroną, a że nowego z kielczanami raczej podpisywać nie chciał, to znając tamtejsze (i nie tylko!) tradycje i nie chcąc się skazywać na pół roku bez gry, sam zimą zdecydował się na przeprowadzkę. Z sobie znanego tylko powodu postanowił się podjąć jednak misji kamikaze i wybrał Zagłębie Sosnowiec. Z nim, podobnie jak z Podbeskidziem, spadł z Ekstraklasy.

131 meczów rozegrał w barwach Lecha Poznań Mateusz Możdżeń. Było wśród nich 109 spotkań w Ekstraklasie, 10 w eliminacjach i trzy w fazie grupowej Ligi Europy, osiem w Pucharze Polski i jeden w Superpucharze Polski. Zanotował w nich w sumie po 12 goli i asyst.

I do niej nie powróci. Przynajmniej na razie. Ma pomóc w "odbudowie wielkiego Widzewa", czyli w sumie w kolejnej misji godnej japońskich pilotów. Powrót łodzian z al. Piłsudskiego na piłkarskie salony póki co przypomina raczej wyścig ślimaków. Zamiast sezon po sezonie kolekcjonować awanse (co przy budżecie klubu wydawałoby się sprawą oczywistą) Widzew najpierw przez dwa lata koczował w III lidze, teraz drugi już sezon spędzi z kolei poziom wyżej. A nie wykluczone, że zadomowi się tam na dłużej - po sześciu kolejkach Czerwona Armia z ośmioma punktami zajmuje miejsce w środku ligowej stawki.

Wybór Możdżenia wydaje się... dość banalny. Jesteś piłkarzem o ugruntowanej pozycji w Ekstraklasie, ale nie masz z niej jakichś dobrych ofert, a i zagranicznych kontaktów raczej brak? Wybierz Widzew, tam dostaniesz łatwą i dobrą kasę, a o wynik się nie przejmą. Kibice i tak wykupią przecież kilkanaście tysięcy karnetów.


28-letniego piłkarza szkoda mi z wielu względów. On naprawdę umiał kopnąć, wbrew przelotnej opinii, że w lidze leciał jedynie na opinii "tego, co strzelił Manchesterowi City". Możdżeń jako chłopak wygadany i dobry technicznie miał wszystko, by w wieku 28 lat zdobywać europejskie salony. Tymczasem skończył chyba jeszcze gorzej od innego ex-Lechity, który swój potencjał jednak też trochę zmarnował, czyli Jakuba Wilka. Ten w podobnym okresie swojej kariery zdobywał mistrzostwo Litwy z Żaligirisem i grał z nim w eliminacjach Ligi Mistrzów. Możdżeń z kolei rozpoczyna swoją wędrówkę po II-ligowych boiskach. Oby jak najszybciej się ona dla niego zakończyła. Bo piszcie, co chcecie, ale miejsce zawodnika o takich umiejętnościach jest jednak w Ekstraklasie lub przynajmniej na jego zapleczu.

Piotrek Przyborowski
📷 Roger Gorączniak / Wikimedia

0 komentarze:

Prześlij komentarz

tv