23 grudnia 2017

Tak wygląda kataloński pragmatyzm

Mistrzostwo Hiszpanii rozstrzygnięte dzień przed Wigilią? Wiele na to wskazuje. FC Barcelona rozgromiła 3:0 Real Madryt na Estadio Santiago Bernabéu i tym samym ma teraz już 14 punktów przewagi nad swoim odwiecznym rywalem.

Madryt wręcza mistrzostwo (Marca), Madryt rzuca ręcznik (As), Barcelona robi szpaler Lidze na Bernabéu (Mundo Deportivo), Nowy pokaz futbolu Barçy na Bernabéu (Sport) - hiszpańskie media są bezlitosne i uważają, że sprawa jest już (niemal) przesądzona. Mistrzostwo trafi do Barcelony.

Nie można się jednak temu dziwić, bo po sobotnim klasyku, rozegranym o kosmicznej godzinie 13 jako ukłon wobec azjatyckich rynków, Barcelona może czuć się komfortowo, bowiem nawet w razie wygranej Valencii jej przewaga nad Nietoperzami wciąż będzie wynosić osiem punktów.

FC Barcelona może nie gra tak efektownie jak za Pepa Guardioli, ale wyniki przypominają te osiągane za kadencji obecnego szkoleniowca Manchesteru City, a nawet są minimalnie lepsze! Po 17 kolejkach sezonu 2008/2009 Barça miała na swoim koncie 44 punkty, czyli oczko mniej niż ma w tym momencie z pragmatycznym Baskiem na ławce.

Nie ulega wątpliwości, że Katalończycy dzisiaj wyczekali Real niczym doświadczeni pięściarze. W pierwszej połowie oddała pole do popisu świeżo upieczonym klubowym mistrzom świata. Żadna z prób gospodarzy nie znalazła jednak w miejsca w siatce bramki strzeżonej przez być może najlepszego w chwili obecnej bramkarza globu - Ter Stegena. Bramkarza, który mimo swojej pozycji w światowym futbolu na przyszłorocznych mistrzostwach świata może być przecież zaledwie rezerwowym.

→ foto: Twitter / LaLigaEN

Choć w pierwszej części to Real częściej atakował, Barcelona miała swoje momenty. Niczym magnes piłkę do siebie ściągał Paulinho, człowiek, który jeszcze dekadę temu kopał się po czole w ŁKS-ie, latem był wyszydzany nawet przez kibiców Dumy Katalonii, a teraz jest ich bohaterem. Z letnich transferów doświadczony brazylijski pomocnik jest w tym momencie najbardziej wychwalany, zresztą zupełnie zasłużenie. To też on w 30. minucie mógł wykorzystać świetne podanie Messiego, ale jego strzał zatrzymał w cudowny sposób Keylor Navas.

Chwilę później swoją szansę miał aktywniejszy od Messiego w pierwszej części Crisitano Ronaldo. Jego szarża mogła się podobać, przypomniała CR7 z końcówki poprzedniego sezonu lub z fazy grupowej Ligi Mistrzów już obecnych rozgrywek. I pewnie gwiazdor Królewskich zamieniłby ten strzał na gola, gdyby Barcelona nie miała w bramce rewelacyjnego Niemca z Mönchengladbach.

Piłka nożna to pod pewnymi względami śmieszny sport. Wyszydzany i wygwizdywany podczas swojego zejścia z boiska w 66. minucie Karim Benzema, w pierwszej połowie był bliski zostania bohaterem tych samych kibiców. Ku nieszczęściu francuskiego napadziora, który w lidze trafił w obecnym sezonie zaledwie dwukrotnie, piłka po jego strzale głową jedynie obiła słupek bramki gości.

Po przerwie w 54. minucie Barcelona rozpoczęła swój koncert. Sergio Busquets podał piłkę w kierunku Ivana Rakiticia, ten pognał z nią przez dobrych kilkadziesiąt metrów i już wtedy było wiadome, że to nie jest zwykła akcja. W polu karnym znalazł się wcześniej pasywny Sergi Roberto, który w hokejowym stylu wyłożył futbolówkę do Luisa Suáreza. Ten umieścił ją w siatce zupełnie bezradnego Keylora Navasa. A przecież Urugwajczyk to kolejny z napastników tych dwóch wielkich klubów, który w obecnych rozgrywkach miewał problemy z formą. Od meczu z Leganés w sześciu meczach strzelił jednak siedem goli i teraz już nikt nie waży się narzekać na El Pistolero.

→ foto: Twitter / 3gerardpique

Nie minęło dziesięć minut, a Real był już w futbolowym piekle. Messi zagrał idealną piłkę do Suáreza, ten jednak przegrał pojedynek z Navasem. W tej samej akcji Leo ponownie wyłożył futbolówkę swojemu urugwajskiemu koledze, a ten... trafił w słupek. W polu karnym Królewskich zrobił nam się bilard, główką gola próbował strzelić Paulinho i chociaż ostatecznie tego dokonał, sędzia Sánchez Martínez zamiast na środek boiska, wskazał na wapno i pokazał Daniemu Carvajalowi czerwoną kartkę. Boczny defensor Realu próbował bowiem zatrzymać strzał ręką. Znamienne, że cała ta obrona łudząco przypominała... zachowanie Suáreza z ćwierćfinałowego spotkania MŚ 2010.

Karnego na gola pewnym strzałem strzałem zamienił Messi, tym samym zdobywając swoją 25. bramkę w El Clásico. Zidane musiał zmienić swoje plany. Chciał wprowadzić na plac gry ofensywnych Bale'a i Asensio, wpierw musiał jednak wpuścić defensora Nacho, który uzupełnił lukę po stracie Carvajala. Z kolei pozostała dwójka przez dobrych kilka minut stała przy linii bocznej gotowa do działania.

Później po raz kolejny objawił nam się pragmatyzm Barcelony. Katalończycy już nie musieli tak zaciekle atakować i tego nie robili. Zespół Valverde cofnął się na własną połowę, co chcieli wykorzystać Ronaldo i spółka. Mieliśmy więc setkę Bale'a, po tym, jak piłkę niemal na tacy podał mu Modrić. Była też inna próba Walijczyka, tym razem z dystansu. Za każdym razem na posterunku był jednak Ter Stegen. Podobnie jak po strzale Ramosa już w samej końcówce. Z kolei w innej sytuacji kapitan Królewskich minimalnie minął się z piłką.

149-krotny reprezentant Hiszpanii, kapitan Realu Madryt - Sergio Ramos w akcji...

Inna sprawa, że akurat tego gagatka już od wielu minut nie powinno być wtedy na boisku. W jednym ze starć huknął po prostu pięścią w Suáreza. José María Sánchez Martínez pokazał mu jednak w tej sytuacji zaledwie żółtą kartkę. Tak czy inaczej, 34-letni arbiter po raz kolejny sprostał wyzwaniu i nie popełniając zbyt wielkich błędów, udowodnił, że na Półwyspie Iberyjskim jednak można znaleźć niezłych sędziów.

Real został dobity w ostatniej akcji meczu, już w 93. minucie. Leo Messi bardzo sprytnie wyminął wtedy Marcelo, posłał płaskie podanie w pole karne. Suárez przepuścił piłkę, która trafiła do rezerwowego Aleixa Vidala, a ten wydał wyrok. Co zrozumiałe, trybuny Estadio Santiago Bernabéu były już wtedy w przeważającej części puste.

Kibice Królewskich rozpoczęli ten mecz od śpiewania Campeones i teraz można się zastanawiać, czy nie było to aby adresowane do Barcelony. Ernesto Valverde nie prezentuje jakiegoś kosmicznego futbolu, jest do bólu pragmatyczny, ale też skuteczny. Za jego krótkiej kadencji Duma Katalonii w lidze nie przegrała ani razu, obecnie wykluczony z gry Samuel Umtiti stał się defensywną bestią, pewność siebie odzyskuje Thomas Vermaelen, a przecież wciąż poza grą pozostaje Ousmane Dembélé. Francuz może być tym pierwiastkiem efektowności, której być może nieco brakuje Barcelonie. Jej kibica nie mają jednak prawa narzekać - perspektywa 45 punktów po 17 spotkaniach i minimum osiem punktów przewagi nad wiceliderem po fatalnym sezonie 2016/2017 zostałaby w sierpniu przyjęta jako życzeniowe myślenie. Tymczasem teraz tak jest w realu.

Real Madryt - FC Barcelona 0:3 (0:0)
23.12.2017, Estadio Santiago Bernabéu, 13:00

Gole: 54' Luis Suárez, 64' Leo Messi (rzut karny), 93' Aleix Vidal 

Real: Keylor Navas; Carvajal, Varane, Ramos, Marcelo; Modrić, Casemiro (72' Asensio), Kovačić (72' Bale), Kroos; Benzema (66' Nacho), Cristiano Ronaldo

Barcelona: Ter Stegen; Sergi Roberto (92' Vidal), Piqué, Vermaelen, Alba; Busquets, Rakitić, Iniesta (76' Semedo), Paulinho (84' Gomes); Messi, Luis Suárez

Kartki: Ramos, Marcelo (żółte), Carvajal (czerwona) - Vermaelen, Busquets (żółte)

Sędzia: José María Sánchez Martínez

Autor: Piotrek Przyborowski | @P_Przyborowski | piotrek.przyborowski@gmail.com | Twitter / LaLigaEN / 3gerardpique

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

tv