28 sierpnia 2017

Krótkowzroczność Barcelony


Ousmane Dembélé został dzisiaj przedstawiony jako nowy piłkarz Barcelony. Dla klubu z Camp Nou to bardzo ciężkie lato powoli dobiega więc końca. Katalończycy bez Neymara, z nowym skrzydłowym i trenerem spróbują stawić czoła Realowi Madryt. Łatwo nie będzie.

Dla wielu sympatyków Blaugrany musiało być to dość przygnębiające lato. Pomijając dwa całkiem logiczne wzmocnienia (Deulofeu oraz Nélson Semedo kupieni łącznie za nieco ponad 40 milionów euro gwarantują Dumie Katalonii jakąś tam przyszłość), na Camp Nou głównie wrzało i to wszystko za sprawą Brazylijczyków.

Jeszcze w marcu wydawało się rzeczą niemożliwą, by Neymar w ogóle się gdzieś z Barcelony ruszał. 6:1 po fantastycznym comebacku, a to przecież właśnie Ney zanotował przecież asystę przy decydującym golu Roberto. Kto chciałby odchodzić do klubu, który dał się tak, nieco kolokwialnie mówiąc, po prostu wydymać?

Ostatecznie jednak katarskie pieniądze zdołały skusić wychowanka Santosu do przeprowadzki do Parku Książąt. Oczywiście obrońcy Brazylijczyka pewnie uważają, że zrobił to głównie ze względu na to, by wyjść z cienia Leo Messiego, na co w Barcelonie szans jeszcze przez te kilka lat nie miał. I może trochę jest w tym racji, ale jakoś nie wyobrażam sobie, by transfer Ligue 1 byłby dla niego odskocznią w znaczeniu sportowym. Przekonuje się o tym choćby Grzegorz Krychowiak, choć to akurat zły przykład. Z drugiej strony nawet Zlatan Ibrahimović na stare lata postanowił jednak spróbować swoich siły na Wyspach, wciągnął ligę francuską nosem i miał już dość strzelania w Guingamp czy innym Caen (przy całym szacunku do tych klubów i miejscowości).

Chociaż Francja wydała w ostatnich dekadach masę wielkich piłkarzy, a obecnie Monaco traktuje się jako fabrykę przyszłych gwiazd futbolu, to jednak należy mieć na uwadze, że jest to dopiero piąta liga w Europie - za Serie A, Premier League, Bundesligą i prowadzącą La Ligą. Krótko mówiąc, pod względem sportowym Neymar z pewnością zaliczył zjazd.

Nie o Neymarze miało jednak być, lecz o sytuacji w stolicy Katalonii. Wściekli kibice Barcelony dostali w drugi policzek, kiedy okazało się, że część z zarobionych przez klub 222 milionów euro (cóż za śmieszna klauzula!) zostanie przeznaczona na zakup... Paulinho. Taka kasa za gościa, który przez ostatnie dwa lata grał w chińskim Guangzhou Evergrande, a w przyszłym roku stuknie mu trzydziestka. Za transferem Paulinho przemawiają dobre występy w reprezentacji Brazylii i według pewnej części Łodzi gra w ŁKS-ie. Trochę jednak mało, szczególnie biorąc pod uwagę cenę.

Pod koniec okienka Barcelona postanowiła jednak zatrzeć za sobą to złe wrażenie, choć chyba akurat jest już na to trochę za późno. Ousmane Dembélé ma być następcą Neymara. Francuz w minionym sezonie miał w barwach Borussii Dortmund naprawdę dobre liczby (w sumie w 49 meczach 10 goli i 21 asysty), dopiero w tym roku skończył też 20 lat. Tak naprawdę jedyne, co może martwić, to psychika wychowanka Stade Rennais. Podczas swojej nie tak przecież długiej dorosłej kariery nie było klubu, z którego nie odchodziłby skłócony. Tak było, kiedy opuszczał rok temu przedstawiciela Ligue 1 - notabene wtedy interesowała się nim też Barcelona, ale Josep Maria Bartomeu poskąpił wtedy tych 15 milionów euro. Teraz wydał na tego samego piłkarza 105, a w sumie pewnie nawet 150 milionów. Rozstanie Dembélé z Borussią też nie należało raczej do najprzyjemniejszych wydarzeń. Skonfliktowany z władzami BVB, trenerem, kibicami - nawet wśród fanów Barcelony pojawiają się głosy, że młody gwiazdor powinien teraz przeprosić Niemców za swoje zachowanie.

W działaniu pseudozarządu, który zarządza na Camp Nou od obalenia Sandro Rosella, wciąż widoczna jest jednak krótkowzroczność. Pomińmy klauzule tych największych (Leo Messi ma swoją na poziomie 300 milionów euro, a nowego kontraktu na horyzoncie brak), ale i sam Dembélé może odejść za śmiesznie niską jak na nowe realia kwotę - 400 milionów. Dla śmiejących się z finansowego fair play działaczy PSG taka kwota nie stanowiłaby raczej problemu. Dlaczego więc nikt nie dostrzega, że Francuz może zrobić Barcelonie za kilka lat to samo, co Neymar tego lata? Dlaczego nikt nie podejrzewa,że nie będzie tłumaczyć tego np. chęcią powrotu do ojczyzny? W stolicy Katalonii wciąż popełniane są te same błędy.

Najbliższy czas może być dla wszystkich fanów Blaugrany dość przygnębiający. Co prawda Sergi Roberto odrzucił ofertę Manchesteru United (klauzula na poziomie 50 milionów!), ale nie jest powiedziane, że już wkrótce nie pojawią się kolejne oferty za tych, którzy prezentują ponadprzeciętny poziom - Umtiti, Ter Stegen (PSG poszukuje wciąż bramkarza, może nie teraz, ale przyszłego lata?) czy wspomniany Roberto mogą stanowić łakomy kąsek dla wielu możnych i możniejszych świata futbolu. Nie tylko to okienko transferowe, ale i ostatnie lata pokazały bowiem, że Barcelona przestaje być marzeniem dla największych piłkarzy. W Katalonii zaczynają przeżywać to, co mają już za sobą kibice klubu z Estadio Santiago Bernabéu.

Jeszcze do końca okienka Barcelona spróbuje sprowadzić Philippe Coutinho, rówieśnika Neymara i wciąż gwiazdora Liverpoolu. Nawet jednak takie wzmocnienia nie zatrą słabego wizerunku Barçy, który sama siebie określa mianem więcej niż klubu. Osoby decyzyjne na Camp Nou muszą zostać wymienione, bo inaczej zespół popadnie w marazm. Nie zmieni tego ani ewentualnie Puchar Króla na koniec sezonu, ani utrzymanie rezerw na zapleczu Primera Divsión. Tu trzeba gruntownych zmian, bo inaczej Barcelona trafi w niebyt, w którym przez kilka lat pod koniec ubiegłej dekady trwał Real Madryt.

Autor: Piotr Przyborowski | @P_Przyborowski | piotrek.przyborowski@gmail.com | foto: Reto Stauffer / Wikimedia

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

tv