8 sierpnia 2016

O potrójnym tenisowym nokaucie

Za nami weekend, który wstrząsnął tenisowym światem, a przynajmniej tym sportem na Igrzyskach Olimpijskich. Oto bowiem z turnieju gry pojedynczej w ciągu zaledwie kilkudziesięciu godzin już w pierwszej rundzie odpadły trzy znaczące postacie: Agnieszka Radwańska, Venus Williams i Novak Djoković. To pierwsze, nasze pożegnanie z Rio było jednak znacznie bardziej gorzkie niż te dwa pozostałe.

Jeśli jednak dodamy jeszcze do tego fakt, że starsza z sióstr Williams wraz z Sereną pożegnały się jeszcze z turniejem deblowym, to można uznać wydarzenia z Rio za prawdziwy tenisowy kataklizm. No ale po kolei...

Agnieszka Radwańska do Rio pojechała po to, by zmazać plamę po tym, jak w Londynie odpadła na tym samym etapie, czyli samym początku. Niestety i tym razem Isia nie dała rady. Przegrała i to po wyraźnie słabszej grze, na co mógłby niekoniecznie wskazywać wynik (4:6, 5:7) z Zheng Saisai. Niby wicemistrzyni na Igrzyskach Azjatyckich, niby wicemistrzyni młodzieżowych IO z 2010 roku. No ale bądź co bądź, czwarta rakieta świata z zawodniczką nr 63 aktualnego rankingu ATP powinna poradzić sobie bez problemu.

Niestety tak się nie stało, a tłumaczenia krakowianki po spotkaniu - niepotrzebne. Jako piłkarskiemu freakowi aż trochę przypomniały mi się słynne wypowiedzi Xaviego, który swego czasu często narzekał na murawę (a to, że nie jest podlana, a to, że po prostu gówniana itd.). Tymczasem nasza reprezentantka postanowiła ponarzekać na to, że miała za mało czasu z zapoznaniem się z kortem i podróż też nie przebiegała po jej myśli.

Powiedzmy sobie jednak szczerze - Igrzyska są raz na cztery lata, więc nie rozumiem, czy do Rio nie można było przylecieć trochę wcześniej? Być może z kortem i tak Radwańska by się nie zaprzyjaźniła, ale przynajmniej byłaby zaaklimatyzowana i w ogóle nie dała takiego ciała. Hejtować jej jednak nie zamierzam, bo to po prostu sport i wciąż kibicuję jej w mikście. W razie jakiegoś sukcesu w nim mogłaby zamknąć usta wszystkim krytykom.


Długo na kolejną sensację czekać nie musieliśmy. Venus Williams (34. na listach światowych) kilkanaście godzin później musiała uznać wyższość... Kirsten Flipkens. Chociaż kobietom się tego wypominać nie powinno, to Belgijka ma już na liczniku 30 lat, a dopiero w tym roku zdołała wejść do pierwszej setki i przed Rio sklasyfikowana była na 96. miejscu.

W tym spotkaniu było jednak widać wielką pasję i zadziorność z obu stron, czego efektem też sam wynik ostatecznie 4:6, 6:3, 7:6 dla pochodzącej z Anwerpii Flipkens. Ostatni set... tie-break, po prostu niesamowite show. Wydawało się, że tego meczu, przynajmniej w pierwszej rundzie już nic nie przebije...


A jednak. W nocy z niedzieli na poniedziałek byłem świadkiem jednego z najlepszych meczów tenisowych w moim życiu. Ok, może nie widziałem ich w życiu tak wiele, bo jakoś przeogromnie tego sportu nie obserwuję, jedynie wiem, co w trawie piszczy i tyle, ale pojedynek Novaka Djokovicia z Juanem Martínem del Potro z pewnością przejdzie do historii Igrzysk Olimpijskich.

27-latek na tenisowe korty wrócił po dłuższej przerwie spowodowanej kontuzją i jako że nie był rozstawiony już w pierwszej rundzie wpadł na aktualnie najlepszą rakietę świata i... wygrał. Zrobił to w kapitalnym stylu po niesamowitym spotkaniu. Zresztą wynik 7:6 (7:4), 7:6 (7:2) dla Argentyńczyka niech najlepiej świadczy o genialności tego starcia.

Del Potro był tego dnia wspierany przez zdecydowaną większość kibiców zgromadzonych w Centro Olímpico de Tênis i to fanów iście piłkarskich, takich nietypowych dla tenisa. Osobiście sądzę, że stworzona przez nich atmosfera na trybunach była równie świetna co sam mecz i chętnie nieco rozkręciłbym to całe sztywne towarzystwo z truskawkami na takim Wimbledonie, za co pewnie niektórzy z Was chętnie by mnie zabili.


Djoković może się w tym przypadku jedynie cieszyć z tego, że w deblu na Del Potro może trafić dopiero w ewentualnym finale. Chociaż osobiście i tego mu nie życzymy, bo w takim wypadku wraz z Nenadem Zimonjiciem musiałby po drodze pokonać naszą parę Kubot - Matkowski.

I chociaż Djokovicia chciałem tutaj bronić, bo po samym spotkaniu zwyczajnie zaczął płakać, nie mógł uwierzyć w to co się stało i że ponownie wyjedzie pewnie bez jakiejkolwiek zdobyczy medalowej (ostatni zdobył w Pekinie). Tylko że nagle natknąłem się na tekst o tym, że popularny Nole nie chciał mieszkać w wiosce olimpijskiej, bo przeszkadzało mu to, że... inni sportowcy chcieli z nim sobie robić zdjęcia i nie mógł się skupić na grze.

Tak czy inaczej, ten weekend przyniósł nam na brazylijskich kortach wiele niespodzianek. W turnieju pań nie ma już czwartej rakiety świata, a także innej wielkiej postaci, w rywalizacji panów w II rundzie zabraknie natomiast lidera światowych list. I jak tu nie kochać magii sportu. 

Autor: Piotr Przyborowski | @P_Przyborowski | piotrek.przyborowski@gmail.com | foto: Rio 2016 (Google)

0 komentarze:

Prześlij komentarz

tv