14 stycznia 2016

Marzenia się spełniają! [WSPOMNIENIA Z AMBER CUP 2014]

Hala Gryfia
Długo myślałem o tym, czy pisać czy nie. Zdecydowałem się, że fajnie by było jakby tą historię usłyszało jednak dostatecznie dużo osób. To moja historia – o tym, jak marzenia się spełniają. Zawsze marzyłem o tym, żeby skomentować jakiś poważny turniej, zrobić wywiady z najlepszymi zawodnikami, otrzeć się o świat gwiazd. Pojawiła się okazja ku temu – Amber Cup rozgrywany w moim rodzinnym mieście. Fajnie wyszło, już trzy razy z rzędu miałem okazję tam być i komentować. Za każdym razem jakiś przypadek (?), a może po prostu Opatrzność... w każdym razie coś pchało mnie do przodu i powodowało, że działy się w okół mnie rzeczy nieprawdopodobne, a ja uczestniczyłem jakby w wielkim spektaklu. Moje wspomnienia spisałem w trzech częściach (każda to 1 kolejny rok na Amber). Dziś pierwsza z nich. Oto opowieść o tym, jak marzenia się spełniają...

Dawid, bo to u Ciebie...
Miałem 17 lat, byłem początkującym komentatorem ówczesnego TakSieGra TV (to radio internetowe, które później zmieniło nazwę na TakSięGra FM, aż ostatecznie połączyło się pod jednym szyldem z Radio Gol), grudniowy wieczór, herbatka i przeglądanie internetu. W pewnym momencie dostałem wiadomość od naczelnego. Amber Cup na początku stycznia jest, mamy porozumienie z imprezylive.pl! Oni przekażą obraz, a my dźwięk, pójdzie w PPV w internecie! No cóż, pogratulowałem – w końcu na prawdę spory sukces dla stacji. Ale... Dawid, bo to u Ciebie. Może Ty byś skomentował? W tej chwili odpisałem tylko krótko, że mogę skomentować, po czym wstałem od komputera i przez kolejne półtorej godziny krążyłem – najpierw po domu, później po mieście – nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Trzeba było ostudzić głowę.

Z Lublina do Słupska
A, zapomniałbym. Zażądałem... tzn. poprosiłem jeszcze o współkomentatora. Wiedziałem, że Amber Cup to męczący dla gardła turniej. Dwa dni, oba po kilkanaście godzin. W sobotę faza grupowa kwalifikacji, w których wystąpić miały zespoły amatorskie, w niedzielę natomiast finały kwalifikacji i turniej finałowy, a w nim miejscowy Gryf Słupsk, zwycięzca kwalifikacji i sześć drużyn z Ekstraklasy. Dodatkowo mecz gwiazd, występy, goście (gwiazdy!) zarówno ze świata sportu jak i z showbiznesu. No ale wracając do współkomentatora – Paweł na turniej do Słupska przyjechał z... Lublina. Pociągiem. Tak, koleś przejechał całą Polskę, tylko po to, żeby przez łącznie około 25 godzin krzyczeć wraz ze mną do mikrofonów.

Wejście smoka
Po odebraniu mojego kompana z dworca, natychmiast udaliśmy się na halę Gryfia. Musieliśmy być na miejscu około godziny przed pierwszym meczem. Wiadomo, trzeba się rozłożyć, przygotować sprzęt, sprawdzić wszystko, podpiąć i tak dalej. Wchodząc do środka, nie znaliśmy nikogo. Szybko zauważyliśmy jednak rozkładającą sprzęt ekipę imprezylive. Niewiele myśląc minęliśmy ochronę i popędziliśmy na bocianie gniazdo, jak nazwaliśmy podwyższenie na trybunie. Co ciekawe, dopiero po czterech godzinach od naszego przybycia jedna z osób siedzących w pobliżu zorientowała się, że nie mamy na dłoniach pasków, służących jako akredytacje. Jak Wy tu w ogóle weszliście? grzmiał jeden z organizatorów, wręczając nam owe przylepko-akredytacje. No jak to jak? Szybko - to było chyba oczywiste.

Rozluźnienie – nie dla idiotów
Naszą ekipę tworzyły cztery osoby – dwie osoby komentujące (ja i Paweł), Pani operator oraz Pan Tomek zajmujący się dogrywaniem wszystkiego, czyli wprost rzecz ujmując – szefowaniem. Jego pierwszą decyzją było... pozbawienie nas słuchawek. I bez nich słyszeliśmy się doskonale. Na trybunach było może 200-300 osób, które nie zakłócały zbytnio spokoju. Zdecydowaliśmy się zatem na komentowanie do ręcznego mikrofonu. Decyzja trafna, było dużo wygodniej. Druga decyzja – mniej trafna. Otóż szefo spostrzegł, że młodzi komentatorzy się zestresowali przed wejściem na wizję. Opowiedział nam więc historię: Otóż rok temu (w 2013 – przyp. red.) nadawaliśmy na imprezylive hokej na lodzie. Wzięliśmy jednego komentatora, Wasz naczelny go polecił. W pierwszej tercji coś nam nie zagrało, w ogóle go słychać nie było. W końcu wszedł w przerwie! Idiota przez dziesięć minut opisywał jeżdżącą po tafli maszynę do czyszczenia lodu!. Haha, tylko Wy tak nie róbcie - dodał z uśmiechem. No ale nie, Wy jesteście inteligentne dzieciaki, nie jak ten idiota. HA-HA-HA. Pawła może ta historia rozluźniła, mnie... niezbyt. Jak się być może domyślacie... tak, właśnie ja byłem tym idiotą. Do pierwszego meczu podszedłem więc z drżącymi rękoma.

Szkoda, że Państwo tego nie widzieli!
Pierwsza wpadka, choć spodziewana w przypadku dwóch 17-latków, mających przed sobą cały dzień komentowania, nie przydarzyła się jednak wcale zbyt szybko. Dopiero po kilku godzinach komentowania. Jak już tłumaczyłem na początku, byłem wówczas aktywnym komentatorem TSG TV. W stacji tej TV nie miało nic do rzeczywistości, ponieważ było to radio internetowe. No właśnie, prawie rok w radio zrobił swoje. Na tyle, żeby po jednej z ładniejszych akcji krzyknąć Ależ strzał! Szkoda, że Państwo tego nie widzieli!. Nie minęło dziesięć sekund, jak podeszła do mnie pani operator i delikatnie, acz wymownie uświadomiła mi, że dzięki niej na pewno wszyscy strzał bardzo dobrze widzieli.


Zapij smutki, żale i baw się doskonale!

Nie jest tajemnicą, że dziennikarze w czasie całodobowej pracy muszą coś jeść i pić. Od jedzenia mieliśmy bar, o którym słów kilka później. Picie natomiast – standardowo – na własną rękę. Dlatego też – niestandardowo – obok wody mineralnej pojawiła się choćby whisky. Jak? To trudno wytłumaczyć, najprawdopodobniej w aktówce któregoś VIPa. Nie, nikt się nie upił. Zauważyłem tylko taką zależność, że telewizyjni wolą whisky, a pismaki – piwo. Radiowcy zaś, tak jak i my – komentatorzy – na alkohol pozwolić sobie nie mogą. W końcu cały czas trzeba gadać. Przy naszych stanowiskach najczęściej pojawia się zwykła woda mineralna lub termos z herbatką. Tu ja jestem jednym z wyjątków. Kiedyś wolałem pić coca-colę, twierdząć, że zimny, gazowany napój dobrze działa na zdarte gardło. Dziś coś się zmieniło, wolę ice tea. I jeszcze najlepiej żeby była to zielona herbata. Również zimne, ale nie gazowane – na prawdę czasami pomaga.

Historię o alkoholu na trybunach opowiadam jednak nie przypadkowo. To nie jest przecież tak, że piją tylko dziennikarze, o nie! Mistrzami w piciu są zaproszone osoby VIP, szczególnie, gdy ich przybycie nie wiąże się z wykonywanym zawodem, a są tylko i wyłącznie prywatnie. Wypić po piwku mogą również piłkarze, szczególnie gdy właśnie odpadli z zawodów. Jeszcze szczególniej, gdy nawet w nazwie drużyny mają PUB Gol Jelenia Góra. Goli było za mało, żeby awansować, można za to skończyć do pubu, a później wrócić na trybuny i zająć miejsca tuż przed komentatorami. Przesympatyczni piłkarze z Jeleniej Góry okazali się wielkimi fanami naszego talentu. Przez część jednego ze spotkań prowadzili nawet doping, wspierający właśnie komentatorów, a później przekazali nam, żebyśmy w ich imieniu pozdrowili wszystkich widzów. Pozdrowiliśmy. A z naszymi przyjaciółmi z Jeleniej Góry zobaczyliśmy się jeszcze następnego dnia. Obiecali nam, że przyjdą – przyszli. Już w garniturach, kompletnie na trzeźwo. Okazało się, że bez ani kropli alkoholu potrafią bawić się równie dobrze i także prowadzili doping, tym razem skupiając się już zdecydowanie bardziej na wydarzeniach boiskowych.

Widmo gwiazd
Pozostańmy jednak przy sobocie. Już wtedy można było zwariować. Z perspektywy czasu sam zastanawiam się co ja wtedy miałem w głowie. Gdy zobaczyliśmy przechodzącego Adriana Mierzejewskiego – zwariowaliśmy. Dosłownie kilkanaście metrów od nas, w bluzie z kapturem, cichociemny, reprezentant Polski podszedł do stolika sędziowskiego. Po chwili... kolejny z naszych Orłów! Na płytę boiska w składzie jednej ze szczecińskich drużyn wybiegł Kamil Grosicki. Na początku nie chciało nam się wierzyć, że to on. No bo... w kwalifikacjach? Paweł jako pierwszy wpadł na pomysł, który mi nawet nie zaświtał: ZRÓBMY WYWIAD! Super, pomimo że pomysł był jego... jakimś cudem do Grosika poszedłem ja.

Kamil Grosicki
Tak, jemu poświęcę osobny akapit. Bo trzeba mu to oddać – jest postacią intrygującą. Szczególnie intrygującą, że gdy podszedłem do niego po raz pierwszy, nawet nie musiałem się odzywać. Zmierzył mnie tylko wzrokiem i powiedział Później, po czym pewnym krokiem odszedł w kierunku szatni. No okej, Pan Kamil mówi, że później, to później. Spróbowałem tego dnia jeszcze raz – po ostatnim meczu Grosika w kwalifikacjach (jego drużyna odpadła dosyć szybko, bodaj w ćwierćfinałach). No później już się nie dało! Tym razem dał mi się chociaż odezwać i poprosić o krótki wywiad. Ponownie usłyszałem później.

Bramkarski majstersztyk Mściwoju
Na szczęście mieliśmy w zanadrzu jeszcze jedną gwiazdę. Może nie formatu narodowego, ale lokalnego na pewno. Tego dnia postanowiliśmy jednak zrobić tylko podchody. No, przed wywiadem wypadałoby się dowiedzieć czegoś o naszej „gwieździe”. Choćby... jak się nazywa. Okazało się, że nazywa się Kacper Tułowiecki, był bramkarzem Mściwoju Kartuzy – sensacji tych kwalifikacji (i jak się okazało później – całego turnieju). Niesamowicie sympatyczny człowiek, obecnie goalkeeper Olimpii Elbląg, z którym kontakt utrzymuję do dziś. Ale jeszcze słów kilka o Mściwoju, bo warto o nich wspomnieć. Mieli niesamowitą taktykę, polegającą na tym, że... głównym strzelającym był... właśnie bramkarz. Kacper potrafił nie tylko przymierzyć z dystansu, ale również bronić karne. Obie te umiejętności wykorzystał w drodze do finału kwalifikacji. A w nim jego Mściwój wygrał 3:2 z Bojano Gdynia. Co ciekawe Mściwój przegrywał 0:2 i wtedy właśnie... Tułowiecki ustrzelił hat-tricka. Tak właśnie ekipa z Kartuz wygrała kwalifikacje i zakwalifikowała się do finałów, a ja z Pawłem szaleliśmy przy mikrofonie, rozpływając się nad umiejętnościami niesamowitego strzelającego bramkarza.

Paweł, ja Cię nie słyszę!
O ile w sobotę na hali ludzi było stosunkowo mało, a przynajmniej nie byli tak aktywni... o tyle w niedzielę grał przecież Gryf. Usiedliśmy, próba mikrofonu – super, działa. Mamy już wchodzić na antenę i BUM! Jakaś petarda hukowa właśnie została wysadzona w sektorze kibiców Gryfa. BUM – druga. BUM – trzecia. Spiker uspokaja kibiców, zaczyna się robić hałas. Wchodzimy na antenę, zaczynają się przyśpiewki. Halo, halo, witamy Państwa bardzo serdecznie z hali Gryfia w Słupsku! - drę się do mikrofonu ile sił – Wczoraj wygrał Mściwój, dziś jednak czas na finały. A te skomentują dla Państwa... I w tym momencie widzę poruszające się usta Pawła, na szczęście wiem, że w tym momencie akurat się przedstawił, ale nie słyszę go. Siedząc pół metra od niego! Dramat. Na szczęście ktoś przytomny poratował nas i podpowiedział, że jak założymy słuchawki, będziemy się słyszeć.

Słuchawki...
Będziemy się słyszeć. Się w tym zdaniu nie występuje przypadkowo. Gdy komentujesz, mając słuchawki na uszach, słyszysz także siebie – co gorsza z opóźnieniem kilkusekundowym. Więc nawijam cały czas, jednocześnie słysząc to, co powiedziałem chwilę wcześniej. Mówię, słyszę, mówię, słyszę. Schizy idzie dostać! Trudno się w tym połapać. Do tego nie przyzwyczailiśmy się już do końca imprezy, a kiedy tylko można było, ściągaliśmy słuchawki. Taka specyfika tego zawodu. Stanisław Tym miał kiedyś fajny skecz na ten temat. Teraz z własnego doświadczenia mogę potwierdzić – to w 100% prawda. Czasem ciężko jest być komentatorem.

Oszalaaaałem!
Czasem. No bo nawet Rysiek Riedel śpiewał, że w życiu piękne są tylko chwile. Będąc na naszym bocianim gnieździe czułem wręcz przeciwnie – chwilami było ciężko, przez większość czasu jednak było niesamowicie. Dwa miejsca ode mnie usiadł Michał Piróg, tuż obok niego ten Mongoł od Majewskiego. Nie piszę nazwiska, gdyż żeby je wymówić, trzeba by trochę wypić, choćby szklaneczkę whisky, o której pisałem już wcześniej. Było też kilka innych gwiazd – muzyki, showbiznesu, sportu. Co chwila to ja, to Paweł opuszczaliśmy nasze stanowiska, szliśmy po autograf. Coś nieprawdopodobnego – zwariowaliśmy na punkcie ludzi, którzy nas otaczali! Twarze znane wcześniej tylko z telewizji teraz były na wyciągnięcie ręki. I to całkiem dosłownie. Z perspektywy czasu nieco inaczej to postrzegam. Teraz dziwię się sam sobie dlaczego wtedy te osoby robiły na mnie takie wrażenie. Wręcz z nieśmiałością podchodziłem i prosiłem tylko błagalnie o podpis. Na szczęście to z biegiem czasu się zmieniło, a dziś potrafię normalnie podejść do... chyba kogokolwiek.

Zbić piąteczkę
O ile Paweł na trybunie był dosyć cichy, miał taki styl, że mówił normalnie, trzymając mikrofon blisko ust, o tyle ja... mikrofon odsunięty daleeeko i drę się ile wlezie. Nic dziwnego, że w momentach, gdy akurat kibice Gryfa robili sobie przerwę w dopingowaniu, mnie usłyszeć mogło (na żywo i za darmo!) kilka rzędów w przód. Stałem się więc w miarę rozpoznawany w najliższym otoczeniu. Najlepszy dowód tego dostałem, gdy schodziliśmy na przerwę obiadową. Idąc korytarzem mijaliśmy kilka osób, między innymi Libera. Ten podszedł do mnie, przybił mi piątkę, poszedł dalej. Mina Pawła – bezcenna. Ty wiesz kto to był? - Pytał – Znacie się? No cóż, prawdę mówiąc był to mój pierwszy kontakt z tym Panem w życiu. Na szczęście jednak nie ostatni. Liber okazał się być prywatnie mega sympatycznym facetem, skorym do rozmowy na różne tematy, także o piłce.

Mecz dzieci – WHAT?!
Już po przerwie – wróćmy więc na nasze bocianie gniazdo. I skomentujmy... mecz, w którym piłka jest większa od zawodników. Mogliśmy odpuścić, zostawić sam obraz... Ale nie! Musieliśmy być jacyś tacy nadambitni. Ku uciesze słuchających nas naokoło ludzi podjęliśmy próbę stworzenia emocjonującej otoczki do towarzyskiego meczu siedmiolatków. Jak wyszło? No... na koniec sami zaczęliśmy się śmiać – istny kabaret, zarówno na płycie boiska, jak i na trybunach. Był to jeden z tych meczów, które należą do serii: i tak po dziesięciu minutach nikt nie będzie pamiętał kto wygrał. Na szczęście nikt nie pamiętał także naszego nieszczęsnego komentarza. I dobrze.

Kamil Grosicki – wywiad, który przepadł
Nie odpuściłem. Tego dnia znowu spróbowałem Przeprowadzenie wywiadu z Grosikiem stało się moim celem, jeśli nie małą obsesją. Już po kilku meczach podszedłem i ponowiłem pytanie. Odpowiedź... nie zaskoczyła mnie zbytnio: Później. Ale nie poddałem się. Chciałem mieć to za wszelką cenę. W końcu wpadłem na fantastyczny pomysł! Po ostatnim meczu drużyny Grosika, ustawiłem się tuż przy płycie murawy. Ciasny korytarzyk, w który nie wiem jakim cudem wcisnąłem się mimo ochrony – musi tędy przejść, a wtedy będę miał spokojnie z 4-5 sekund więcej na namówienie go do rozmowy. Koledzy dziennikarze z innych redakcji pukali się w głowę, powtarzając, że to tylko rozwścieczy gwiazdora, który i tak był już w niespecjalnym humorze po przegranym meczu. No ale cóż, wiele nie ryzykowałem. Udało mi się! Grosicki zgodził się na chwilę rozmowy. Nie miałem wówczas dyktafonu, nagrywałem na komórkę Pawła. Zapytałem o Sivasspor, o to jak się tam czuje, czy gorąco mu nie przeszkadza, czym różni się Turcja od Polski i o plany na przyszłość. Już wtedy powiedział mi, że chce mocno trenować i że strzeli na pewno jakąś bramkę w eliminacjach Euro 2016 (wówczas nie wiedzieliśmy jeszcze z kim w nich zagramy) – słowa dotrzymał. No ale nie o tym teraz. Wszystko pięknie się nagrało, idę na górę, żeby podłączyć komórkę i zaraz puścić nagranie na wizji. Ale... gdzie jest odpowiedni kabel? Nie ma... i tak właśnie około 2 minut rozmowy z Grosickim nigdy nie zostało dane do odsłuchu szerszej publiczności. Krótko mówiąc – wywiad w piach.

Wywiad – podejście drugie
Wiedzieliśmy już, że nasze wywiady na wizji się nie ukażą. Nie był to jednak powód do zaprzestania prób. Mieliśmy jeszcze przecież na oku Kacpra Tułowieckiego. Poza tym Paweł też chciał poprowadzić swoją rozmowę. Do Kacpra udaliśmy się w trakcie jednej z przerw. Okazało się, że jest mega sympatycznym kolesiem. Wywiad trochę z jajem - no, można się było powygłupiać, skoro na wizję nie szło. Na koniec pogadaliśmy trochę prywatnie. Fajna rozmowa, która jak się okazało... pozwoliła nam na coś, czego nigdy byśmy się nie spodziewali.

Cudowny Mściwój i... komentatorzy na parkiecie
Uradowani krzyczeliśmy do mikrofonów, gdy Mściwój Kartuzy wygrywał kolejne mecze. Po raz pierwszy w historii turnieju drużyna z kwalifikacji zaszła tak daleko. Ostatecznie piłkarze Mściwoju... wygrali cały turniej. A po drodze na łopatki rozłożyli między innymi Lechię Gdańsk. Fantastyczna historia!

My nie mogliśmy powstrzymać radości. Wychwalając pod niebiosa osiągnięcie ekipy z Kartuz, pożegnaliśmy się z widzami. Relacja dobiegała końca, my zdjęliśmy słuchawki, zaczęliśmy pomału pakować sprzęt. W pewnej chwili coś nas jednak tknęło, żeby pogratulować jeszcze zwycięzcom – no i Kacprowi oczywiście. Zbiegliśmy na dół, zaczęliśmy przybijać piątki graczom Mściwoju. W pewnym momencie podali nam ręce i... ściągnęli nas na parkiet. Co ciekawe, tak blisko nie pozwolono podejść nawet fotoreporterom. Przy rozdawaniu medali na parkiecie znajdowały się tylko 3 drużyny (podium) oraz, no właśnie, dwóch komentatorów, wiwatujących wraz ze zwycięzcami. Co ciekawe, Tułowiecki został wybrany MVP turnieju.

Skacząc na środku boiska, wokół pucharu, uświadomiłem sobie, że marzenia się spełniają. Właściwie właśnie w tym momencie się spełniły. Za mną było około 30 godzin wrzeszczenia do mikrofonu, miałem zdarte gardło. Ale miałem też zapisany gdzieś w komórce wywiad z Kamilem Grosickim, miałem kilkanaście (lub kilkadziesiąt) autografów gwiazd, które przecież jeszcze chwilę wcześniej siedziały tuż obok mnie. Miałem w końcu osobiste zapewnienie MVP turnieju, że trzeba będzie utrzymać kontakt. Utrzymaliśmy, co przełożyło się na kolejne lata. Jak? O tym i o wielu innych nieprawdopodobnych wydarzeniach w następnej części!

Autor: Dawid Brilowski | @BrilovD96 | dawidbr@plusnet.pl | foto: Michał Słupczewski / Wikipedia.org

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

tv