22 listopada 2015

Nigdy więcej - El Clásico z perspektywy Madridisty

Real Madryt poległ z Barceloną 0:4 u siebie. Nie będziemy jednak przybliżali tu szczegółów meczu, lecz skupimy się na przyczynach i możliwych skutkach porażki.

Trener Realu Madryt Rafa Benítez, od początku kwestionowany, stał się wczoraj wrogiem publicznym numer jeden. I jest w tym sporo racji, popełnił kilka oczywistych błędów taktycznych. Drużyna rozbiła się na dwie połówki, w żadnym momencie nie było widać nadziei na poprawę, a środek pola działał jak błona półprzepuszczalna: w jedną stronę przechodziło wszystko, w drugą nic. Do tego należy dołożyć fakt, że każdy z graczy grał jakby pod siebie.

Marzy się o powrocie Ancelottiego, ale prawdę mówiąc ostatnim, czego teraz potrzeba, jest nieumiejętność wyciągania wniosków i ogrywanie jedenastki, która nie ma formy. Lutowy mecz z Atlético zakończony identycznym wynikiem jak wczoraj był znacznie gorszy, ponieważ wczoraj oddano przynajmniej kilka groźnych strzałów, a wyjście z własnej połowy nie było nieosiągalne. Złym pomysłem jest także postawienie na Mourinho, z piłkarzami o takiej osobowości bardziej agresywne metody poderwania ich z letargu przyniosłyby skutki odwrotne od oczekiwanych.

Wielu mówi, że należy jak najszybciej pozbyć się Hiszpana i zatrudnić Zidane'a. Nie dostrzegają jednak jednego istotnego aspektu: Benítez przez długi czas był przez piłkarzy podkopywany, ignorowany, a nawet pojawiały się otwarte rebelie. Ronaldo, którego grę w tym sezonie pozwolę sobie przemilczeć, od dłuższego czasu w mediach przebąkuje o odejściu i, według Asa stawia prezesowi ultimatum: albo trener, albo on. W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że o ile nie jestem zwolennikiem Beníteza, to on, w przeciwieństwie do Portugalczyka, zasługuje na kolejną szansę. Prawdopodobieństwo popełnienia przez Hiszpana podobnych błędów jest praktycznie zerowe. A Portugalczyk nie dość, że radykalnie zmienił swój styl gry, nie ma już z jego strony jakiejkolwiek kreacji, oczekuje tylko na idealne podania, które i tak potrafi zmarnować, interesują go chyba tylko tytuły indywidualne – uważa, że jako jedyny zna sposób, jak naprawić drużynę i nie dopuszcza do siebie innych opinii. Oczywiście, rozumiem, że jest najlepszym strzelcem klubu w historii, zapewnił sobie miejsce wśród wielu legend tego klubu, ale nie mogę ścierpieć przedkładania osobistych interesów nad priorytety klubu. A szczególnie nad te Realu Madryt.

Podobno kilka dni przed Klasykiem doszło do spotkania trenera z kilkoma zawodnikami, którzy zażądali bardziej ofensywnego ustawienia, chcąc zdominować Barcelonę. Benítez tak zrobił i widzieliśmy efekty. Szczerze – nie mogę się oprzeć wrażeniu, że było to działanie celowe, mające na celu bolesne uwypuklenie faktu, że ci, którzy mają najwięcej do powiedzenia, na taktyce znają się jak świnia na gwiazdach. Swoją drogą, sam dałem się nabrać na ten pomysł i muszę w tej sytuacji posypać głowę popiołem – gra systemem 4-2-3-1 z drużyną, która znacznie silniejsza jest bez piłki to nie zbawienie, a samobójstwo.

W chwili obecnej nie wyobrażam sobie innego wyjścia z patowej sytuacji niż zmarginalizowanie roli w drużynie piłkarzy, którzy nie mają wiele do zaoferowania. Jese czy Lucas Vázquez grają w tym sezonie znacznie lepiej od CR7 i być może to oni powinni grać więcej.


Jest to skecz z 2013, ale z każdym sezonem staje się coraz bardziej aktualny. Chociaż nie ukrywam, że po wczorajszych wypowiedziach Ramosa odzyskuję wiarę w jego rozsądek.

Przechodząc do pozytywów: Ramos, którego reakcja po derbach z Atlético zirytowała mnie do granic możliwości, wczoraj udzielił bardzo sensownej wypowiedzi. Mimo że w dużej mierze nie popieram jego pozaboiskowych zagrywek i uważam go za zawodnika, który nie zasługuje na bycie kapitanem Realu Madryt, dał mi wczoraj nadzieję na poprawę. Wygląda na to, że pojął powagę sytuacji i jeżeli rzeczywiście cieszy się pozycją w szatni, sytuacja może pójść w dobrą stronę i mimo faktu, że dwie pierwsze bramki to jego zasługa, zmiana postawy wobec przełożonych może wyjść tylko na dobre. Podobnie Marcelo, drugi kapitan, który nie zagrał złego meczu, ale widać było u niego pozytywną frustrację, sportową złość, której tak potrzebuje teraz Real.

Co do dyspozycji boiskowej graczy, nie można mieć pretensji do Navasa. Bardzo rozczarował mnie Danilo, ale w związku z powrotem Carvajala czeka go dłuższy pobyt na ławce. Albo kupiono jego sobowtóra, który nie potrafi grać w piłkę, albo potrzebuje dłuższej aklimatyzacji. Varane był bardzo niepewny, ale tak gra zawsze, gdy jest pozbawiony wsparcia. Ramos wyglądał jak zupełnie oderwany od rzeczywistości i liczę na jego poprawę. Do Marcelo nie można się przyczepić, za to Kroos w takiej formie nie powinien pojawiać się na boisku. Ciągle ma problemy z ustawieniem się w środku, to jest za wysoko, to za blisko obrony, to zbytnio na boku. Modrić był całkowicie pozbawiony wsparcia i nie potrafił pomóc, zresztą sam jest w dużym dołku i w najbliższych meczach wolałbym zobaczyć w akcji duet Casemiro – Kovacić. Co do ofensywnego kwartetu, kompletnie nie ma między nimi zgrania. To musi stać się priorytetem na następne treningi: sprawienie, by ta czwórka rozumiała i widziała się na boisku.

I dochodzimy do największego rozczarowania wczoraj. Gracza, który co prawda nie zagrał źle, ale jedno jego zagranie skreśliło go w moich oczach. Jest to Isco, który samemu będąc w przeciętnej dyspozycji postanowił ulżyć sobie kopiąc Neymara. Oczywiście, gęba Brazylijczyka mnie również irytuje, ale nie może to być powodem do agresji. No, może w Centrze Ostrów Wielkopolski, ale nie w Realu Madryt, nie na Santiago Bernabéu. Wczoraj młody Hiszpan podtarł sobie odbyt wartościami Realu Madryt i nie wiem, co będzie musiał zrobić, żeby zyskać w moich oczach.

Zakończę pozytywnym akcentem z mojego punktu widzenia. W poprzednich czterech sezonach drużyna, która przegrała pierwszy Klasyk pod koniec sezonu prezentowała najlepszy futbol w Europie i wygrała więcej niż zwycięzca pierwszego meczu.

Autor: Zbigniew Jankiewicz @zbig_realista | zbig.jankiewicz@gmail.com | foto: RealMadrid.com

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

tv