19 września 2020

"Sukces szwajcarskich klubów leży w mentalności ich władz"

Można rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady. Można też zamienić kopanie się na III-ligowych boiskach na grę na pięknych murawach w Szwajcarii. Tak zrobił właśnie Adam Durowicz, były zawodnik m.in. Warty Poznań czy Unii Swarzędz. W rozmowie z aosporcie.pl pomocnik wspomina czasy spędzone przy Drodze Dębińskiej, stara się znaleźć przyczynę, z powodu której szwajcarski futbol tak bardzo odskoczył temu polskiemu w ostatnich latach, a także przyznaje, co najbardziej zaskoczyło go po przeprowadzce do tego alpejskiego kraju. 

Piotrek Przyborowski, aosporcie.pl: - Wiosną 2015 zadebiutowałeś w wówczas III-ligowej Warcie, później jesienią tego samego roku rozegrałeś kilka spotkań w barwach Unii Swarzędz. Co więc zadecydowało, że nagle zdecydował się Pan na przejście do szwajcarskiego FC Pfäffikon?

Adam Durowicz: - O wyjeździe zdecydowałem już pół roku wcześniej, gdy rozstawałem się z Warta, a kolejne pół roku w Unii tylko utwierdziło mnie w tej decyzji. Mówiąc szczerze, nie widziałem dalszych perspektyw rozwoju. Do tego czasu całe życie podporządkowywałem piłce, ale w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że pewnych rzeczy w piłce nie przeskoczę i nie chodzi tu o aspekt sportowy. Jako że mam część rodziny w Szwajcarii, to zdecydowałem się na wyjazd.

- Rywalizowałeś na poziomie półprofesjonalnej trzeciej ligi, w której zdarzali się w ostatnich latach tacy krezusi jak Widzew Łódź czy Elana Toruń, ale jest też sporo klubów, w których za bardzo się nie przelewało, w tym choćby Jarota czy Fogo, w których miał Pan okazję grać. Jak może Pan porówna Pana obecna sytuacja? W sieci ciężko znaleźć wiele informacji na temat Twojej kariery piłkarskiej, chociaż widziałem, że jeszcze w zeszłym sezonie grałeś dla Pfäffikon.

- Pierwsze półtora roku grałem w amatorskim FC Pfäffikon. Był to klub w miejscowości, w której mieszkałem. Nie chciałem rezygnować całkowicie z piłki, a występowanie w tym klubie pozwalało mi na połączenie pracy z grą. Następnie przeszedłem do FC Uster, z którym zrobiliśmy awans do półprofesjonalnej ligi 2. Interregional, czyli na czwarty poziom rozgrywkowy. Niestety w czasie przygotowań do sezonu uszkodziłem więzadło w kolanie, przez co musiałem ponad sześć miesięcy pauzować. Po powrocie do zdrowia dostałem bardzo korzystną ofertę z klubu FC Volketswil i obecnie tam właśnie gram.

- Jak może Pan porównać III ligą ze szwajcarską 3. Ligą, czyli de facto siódmym poziomem rozgrywkowym? Czy różnica jest odczuwalna?

- Jeżeli chodzi o porównanie III ligi polskiej do 7. ligi szwajcarskiej, to różnica jest duża, jeżeli chodzi o poziom sportowy. Natomiast 2. Liga Interregional, czyli czwarty poziom rozgrywkowy, miała bardzo zbliżony poziom. Przepaść dotyczy z pewnością infrastruktury. Tu nawet kluby z 8. czy 9. ligi mają swoje ośrodki przygotowane na bardzo dobrym poziomie. W takim Fogo Luboń  ze względu na brak oświetlenia na głównej płycie musieliśmy trenować na bocznym boisku, na którym nie było trawy, a jedynie piasek. We wszystkich klubach szwajcarskich, w których grałem, trzy idealnie przygotowane, oświetlone murawy plus jedno pełnowymiarowe sztuczne to standard.

Adam Durowicz w FC Pfäffikon

- Szwajcarski futbol w ostatnich latach przeżywa piękne chwile. Reprezentacja jest stałym uczestnikiem największych imprez, podczas gdy ich kluby regularnie występują w europejskich pucharach, w tym w Lidze Mistrzów. W czym widzi Pan przyczyny, dla których Szwajcarom wyszło, a naszym klubom ciężko jest dostać się choćby do fazy grupowej Ligi Europy?

- Myślę, że jeżeli chodzi o nasze kluby to widać wyraźną różnicę w mentalności władz. W Polsce, jeżeli już pojawi się sponsor, to zakłada, że sukces musi przyjść od razu. Brakuje myślenia długofalowego i cierpliwości. Jako przykład podam mój teraźniejszy klub, w którym na pierwszym spotkaniu zarząd powiedział nam, że celem jest awans i zakładają, aby zrobić to w przeciągu 3 sezonów. Co jednak mi się nie podoba to, że w ligach szwajcarskich jest jedynie 11 zespołów i w rundzie gra się tylko 10 meczów. Jest to zdecydowanie za mało. Wystarczy drobny uraz i można stracić pół rundy. Jeżeli chodzi o ligi profesjonalne i europejskie puchary, to moim zdaniem różnica polega na tym, że zawodnicy przeważnie zostają w Szwajcarii na dłuższy okres. W Polsce wystarczy, że zawodnik rozegra jedną dobrą rundę i już chce się go sprzedać, żeby jak najwięcej na nim zarobić. Ciężko w takiej sytuacji o budowę silnego składu, jeżeli średnio co sezon pozbywa się najlepszych zawodników.

- Pana droga do debiutu w Warcie wiodła przez Luboń i Jarocin. Zadebiutował Pan w niej ostatecznie w wieku 21 lat. Sądzi Pan, że gdyby udało się wcześniej odegrać większą rolę w Dumie Wildy, Pana przygoda z piłką mogłaby wyglądać inaczej?

- Ciężko odpowiedzieć na to pytanie. Zdecydowanie duży wpływ na rozwój mojej kariery miały kontuzje. Już jako szesnastolatek miałem możliwość trenowania i rozegrania kilku sparingów z pierwszoligowym zespołem, gdy byłem w juniorach Warty. Grałem również w czwartoligowych rezerwach, jednak oficjalnego debiutu w pierwszej lidze niestety się nie doczekałem. Myślę, że mógłby być on przełomowy i dać pozytywnego kopa do przodu. Po sezonie rozwiązano drużynę rezerw i niestety nowy trener nie widział miejsca dla mnie miejsca w składzie pierwszoligowego zespołu, stąd zdecydowałem się na przejście najpierw do trzecioligowego Fogo Luboń, a następnie do drugoligowej Jaroty Jarocin. Po kilku dobrych występach w II lidze niestety złamałem kość w nadgarstku, przez co straciłem resztę sezonu i przygotowania do następnego. Wróciłem do Warty w wieku 21 lat, ale nigdy nie odegrałem w niej takiej roli, jaką bym chciał. Myślę, że duży wpływ na to miała też sytuacja w klubie, gdzie wraz z Zieloną Rewolucją była po prostu bardzo duża presja wyniku, ciągłe zmiany trenerów i nie było możliwości, aby dać młodemu się ograć.

👉 Czytaj też: Czy leci z nami strzelec z gry? Problemy w ofensywie Warty Poznań

- Po powrocie z Jaroty to Warty miał Pan całkiem niezłą wiosną w Warcie. Cztery gole, które poniekąd zapewniły „Zielonym” wówczas siedem punktów i grę w barażach o awans do II ligi. Co zadecydowało o tym, że latem 2015 opuścił Pan Drogę Dębińską?

- Przychodząc do Warty w sezonie 2015/16 wiedziałem, że będzie ciężko przebić się do składu, w którym na mojej pozycji byli już bardzo dobrze grający Krystian Łukaszyk i Michał Ciarkowski. Wiedziałem jednak, że jeżeli nie będę odpuszczał i ciężko pracował na treningach, w końcu dostanę swoją szansą, którą chyba jednak wykorzystałem. W trzech ostatnich meczach zagrałem w podstawowym składzie i strzeliłem w nich cztery gole. Dorzuciłem do tego jedną bramkę na początku rundy w Pucharze Polski.

- Niestety nie udało nam się wygrać barażu z Polonią Bytom. Mówiąc szczerze, miałem duże nadzieje i motywację na walkę o pierwszy skład w kolejnym sezonie. Usłyszałem jednak od trenera i zarządu, że szukają zawodnika na moją pozycje o innym profilu i nie będę dostawał szans w przyszłych rozgrywkach, także pozostało mi jedynie odejść z klubu. Fizycznie i piłkarsko czułem się bardzo dobrze, ale przyznam, zabolała mnie ta decyzja, przez co postawiłem na wyjazd do Szwajcarii. Zagrałem jeszcze pół rundy w Unii Swarzędz, lecz jedynie na przeczekanie, aż moja narzeczona skończy studia i dostanie dyplom, ale mentalnie byłem już gotowy do wyjazdu.

- Zadomowił się Pan w Szwajcarii. Czy to właśnie z tym krajem łączy Pan swoją przyszłość?

- Póki co mam tu wszystko poukładane i myślimy z żoną o zostaniu tutaj na dłużej. Mamy dwuletnią córkę, która się tu urodziła, chodzi do żłobka i jesteśmy tutaj po prostu szczęśliwi. Nie da się ukryć, tęsknimy za Polską i rodzicami, ale Szwajcaria jest krajem, gdzie żyje się naprawdę dobrze i co ważne bez stresu.

Adam Durowicz w FC Volketswil

- Jak wygląda życie codzienne w tym alpejskim kraju? Czy mocno różni się od tego w Polsce?

- Ogólnie jest bardzo podobnie do tego w Polsce, ale widać też różnice. Ludzie są bardzo mili i życzliwi, ale też czasem zamknięci. Początkowo dużym zaskoczeniem był dla mnie język. Oficjalnie Szwajcaria mówi trzema językami, ja trafiłem w okolice Zurychu, gdzie oficjalnym językiem jest niemiecki. Tylko właśnie okazuje się, że Szwajcarzy mówią głównie w swoim języku Schweizerdutsch, który jest dialektem. Różni się znacznie od niemieckiego i bardzo ciężko się go nauczyć, bo jest językiem mówionym i nie ma żadnych książek ani kursów do nauki.

- Musiałem nauczyć się też innych standardów panujących na drogach. Za przekroczenie prędkości o cztery kilometry na godzinę jest już mandat, a za więcej niż 20 w terenie zabudowanym pewna jest utrata prawa jazdy oraz rozprawa sądowa. Ale ogólnie jest to piękny, lecz drogi kraj z niesamowitymi górskimi widokami. Praktycznie w każdy weekend staramy się gdzieś rodzinnie wyjechać na zwiedzanie, a nie zobaczyliśmy nawet połowy Szwajcarii, mimo że jest to przecież stosunkowo mały kraj.

- A czy już po wyjeździe do Szwajcarii, pojawiła się kiedyś opcja powrotu do kraju w roli piłkarza?

- Gdyby zadzwonili teraz z Warty to już bym się pakował (śmiech). A tak naprawdę, to nie było nigdy tematu opcji powrotu do kraju w roli piłkarza, bo też nigdy sam nie wykazywałem takiej chęci.

👉 Czytaj też: Dimitrije Injac. Defensywny pomocnik z atomowym uderzeniem | #StranieriDekady

- Co do Warty. Ta w niedzielę zmierzy się w pierwszych od ćwierćwiecza zmierzy się z Lechem. Czeka Pan już na Derby Poznania?

- Pewnie, bardzo się cieszę, że Warta jest w Ekstraklasie i ciągle śledzę wyniki i jak tylko czas pozwoli, to też oglądam mecze. Fajnie, że w Poznaniu nie ma nienawiści między klubami i kibice potrafią kibicować zarówno Warcie, jak i Lechowi. Jako optymistyczny fan Warty obstawiam 1:0 dla Warty po golu z głowy Bartosza Kieliby.

- A Pan jakie stawia sobie cele na najbliższe lata. Czy zamierza wciąż być Pan blisko futbolu?

- Mam zamiar grać tak długo, jak tylko zdrowie pozwoli. Bardzo popularne są tutaj ligi seniorskie, w których może grać każdy po ukończeniu 30. roku życia. W dalszej przyszłości myślę też o zrobieniu kursów trenerskich. Jeżeli chodzi o teraźniejsze cele, to chcę z FC Volketswil awansować w tym sezonie do 2. Ligi, a następnie do 2. Ligi Interregional. Mamy naprawdę dobry zespół, także jestem przekonany, że jest to cel osiągalny. Czego bym jedynie sobie życzył, aby omijały mnie kontuzje, bo limit pecha już chyba wyczerpałem. W tym momencie leczę naciągnięcie mięśnia czworogłowego i już drugi miesiąc niestety pauzuję. Ale jestem pewny, że tak jak zawsze wrócę do grania i mam nadzieję, że będę wtedy jeszcze silniejszy!

Piotrek Przyborowski
@P_Przyborowski
📷 Roger Gorączniak, FC Pfäffikon / Bild: Robert Pfiffner, zueriost.ch / Christian Merz

Czytaj też: "Mateusz Dubiczeńko: Robert Ivanov może być bramkostrzelnym liderem środka defensywy Warty"

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

tv