27 lipca 2019

Lech, na jakiego czekaliśmy


Waleczny, ambitny, ofensywny - takiego Lecha Poznań w zeszłym sezonie z pewnością nie oglądaliśmy. W piątek przy Bułgarskiej przeżyliśmy wreszcie noc wyjątkową - noc, która być może odmieni losy Kolejorza. Zespół trenera Dariusza Żurawia wygrał z Wisłą Płock wysoko, bo 4:0, ale to nie tylko sam wynik pozwala optymistycznie patrzyć w najbliższą przyszłość. To atmosfera, której w Lechu nie było od dawna.  

Pod koniec ubiegłego sezonu Stadion Miejski w Poznaniu świecił pustkami i zupełnie nie przypominał obiektu, na którym jeszcze kilka lat temu strach plątał nogi takim markom jak Juventus, Manchester City czy Red Bull Salzburg. Rzucając okiem na trybuny podczas ostatnich spotkań sezonu przeciwko Lechii Gdańsk czy Zagłębia Lubin, aż chciało się płakać. Bądź czuło się kompletną pustkę. Zniechęcenie. Zmęczenie. Tym klubem. A przynajmniej tamtymi piłkarzami.

W piątek na Bułgarskiej znów pojawiła się magia. Lech zarówno w ofensywie, jak i w defensywie grał jak na poziom naszej ligi ponadprzeciętnie. Mickey van der Hart to bramkarz, jakiego w Poznaniu nie widzieliśmy od lat. Dający spokój w grze nogami, potrafiący wyczekać przeciwnika, jak w końcówce meczu przy interwencji po strzale ex-Lechity Piotra Tomasika. Wołodymyr Kostewycz u trenera Żurawia znów zaczyna wyglądać jak czołowy boczny defensor tej ligi. Robert Gumny to Robert Gumny - piłkarz gotowy do wyjazdu i podboju Europy. Para Thomas Rogne - Djordje Crnomarković zaczyna się coraz lepiej dogadywać. Trochę więc szkoda, że ten drugi z boiska wyleciał w samej końcówce za dwie żółte kartki. Nie zapominajmy jednak, że w obwodzie jest jedna z gwiazd ligi słowackiej - Lubomir Satka.

Lech zagrał na zero z tyłu, więc paragraf poświęcony defensorom był niezbędny. To, czego Kolejorz dokonywał jednak w środku pola i przodzie, przechodzi ludzkie pojęcie. Tak walecznej i kreatywnej ekipy nie obserwowaliśmy przy Bułgarskiej od czasów meczu z Utrechtem czy wysokiej wygranej 5:1 nad Jagiellonią w marcu 2018. Po golu strzelonym przez wracających do formy po ubiegłorocznych perturbacjach Darko Jevticia oraz Kamila Jóźwiaka, a także dwa trafienia Christiana Gytkjaera sprawiły, że Poznań znów oszalał na punkcie futbolu.

A to wszystko dzieje się w momencie, kiedy Michał Probierz ma problemy z wystawieniem choćby jednego młodzieżowca w meczu Cracovii z ŁKS-em i ostatecznie musi postawić na nominalnego defensora Kamila Pestkę na skrzydle. Dariusz Żuraw ma zgoła inny problem - nadmiar utalentowanej młodzieży. Wszystkim jednocześnie pozwolić grać nie może. W piątek i tak postawił na sześciu piłkarzy z poznańskiej akademii - byli to jedyni Polacy w składzie Kolejorza. Ich średnia wieku wynosi poniżej 20 lat. Lech szkoleniem stoi i być może wreszcie zaczyna zbierać tego efekty - nie tylko te finansowe poprzez rekordowe transfery. 

34 strzały w dwóch meczach, a z nich pięć goli. Lech mocno rozpoczyna nowy sezon. I chociaż owa euforia, jak to w Poznaniu często bywa, może zostać gwałtowanie przerwana poprzez jedną czy dwie porażki, to trener Dariusz Żuraw wydaje się człowiekiem, który ma plan na Dumę Wielkopolski. To szkoleniowiec, który wraz ze swoim sztabem i piłkarzami chce sprawić, że o Lechu znowu pomyśli się jako o swojej drużynie. A takiego uczucia przy Bułgarskiej chyba nie było od czasów, kiedy Mariusz Rumak przejął rozszarpany zespół do Bakero. W Poznaniu wreszcie znowu tworzy się coś naprawdę wyjątkowego.


Piotrek Przyborowski
📷 Oskar Jahns / aosporcie.pl

1 komentarz:

  1. jest jedna z gwiazd ligi czeskiej - Lubomir Satka. Jak już gwiazda ligi słowackiej

    OdpowiedzUsuń

tv