2 stycznia 2018

Maja Kozłowska: Cały czas myślę o Igrzyskach


Czy od zawsze marzyła o kajakarstwie? Z jakiego powodu jej koledzy z przedszkola chodzili zapłakani, gdy ją wkurzyli? Dlaczego nie jest pewna tego, czy walka o udział w Igrzyskach Olimpijskich za wszelką cenę to gra warta świeczki? O tym wszystkim opowiada Maja Kozłowska, polska kajakarka i w przeszłości młodzieżowa reprezentantka Polski.

Wiem, że przygodę z kajakarstwem zaczęłaś trochę przypadkiem…
Tak, miałam 10 lat,  byłam wtedy u Wiki, mojej najlepszej przyjaciółki, i zobaczyłam na tablicy korkowej w jej pokoju medal, jak się później okazało, z jej pierwszych zawodów  kajakowych. Od razu postanowiłam, że też taki chcę i zaczęłam namawiać rodziców, żeby zapisali mnie na treningi. Już na pierwszym spotkaniu trener stwierdził, że mam dobre warunki do tego sportu, szczególnie miał na myśli długie ramiona.

A wcześniej interesowałaś się sportem?
Od małego w rodzinie śmiali się, że mam sportowe ADHD. Czego ja nie próbowałam... siatkówka, koszykówka. WF zawsze był moim ulubionym przedmiotem i nigdy nie potrafiłam podchodzić do tego wszystkiego na luzie - mocno angażowałam się emocjonalnie w to, co akurat graliśmy.

Od razu zaczęłaś brać udział w zawodach?
Tak!

Długo rozpamiętywałaś porażki?
Całe szczęście na początku swojej przygody z kajakami z każdych zawodów wracałam z medalem, także nie miałam tego problemu i to przez długi czas! W kategoriach dziecięcych bardzo dużo nadrabiałam warunkami fizycznymi, szczególnie wzrostem i długimi ramionami. Wtedy to jest ważniejsze niż wytrzymałość czy siła mięśni. Ale pamiętam swoje pierwsze nieudane zawody - kajak się przewrócił, nie ukończyłam tego wyścigu i było mi naprawdę przykro. Jednak trener szybko nauczył mnie wyciągać lekcję z porażki.

Jakie masz właściwie relacje z trenerem?
W sumie to niedawno zmieniłam trenera...

Co za przypadek!
Ale znasz mnie - zawsze muszę postawić na swoim, dorzucić swoje trzy grosze. Trenerzy tego nie lubią, więc albo ja odchodzę, albo ktoś się mnie pozbywa. Aczkolwiek z obecnym trenerem mam dosyć zwyczajne relacje. Natomiast przyjaźnię się ze swoim pierwszym trenerem - Karolem, właściwie traktuję go jak dziadka, zawsze jak wracam do Choszczna, czyli mojej rodzinnej miejscowości, to staram się go odwiedzić.

Przejdźmy teraz do twoich rówieśniczek: miałaś kiedyś jakąś odwieczną rywalkę?
Miałam, jak byłam dzieckiem. Kasia Kołodziejczyk, stąd - z województwa wielkopolskiego, i dopóki ja startowałam u siebie, w zachodniopomorskim, a ona u siebie, to wszystko wygrywałam. Potem, jak już rywalizowałyśmy, to zawsze byłam druga. Mój wzrost już nie wystarczał. Kasia miała więcej siły, która była i jest do dzisiaj moją piętą achillesową.

Specjalizujecie się w poszczególnych osadach, czy to jest raczej tak, że pływacie w każdym składzie?
Zazwyczaj to właśnie trener decyduje. Nie ma czegoś takiego, że specjalizujesz się wyłącznie w jednej kategorii. Chociaż, szczerze mówiąc, mnie najlepiej pływa się na jedynce.

Zawsze jesteś taką twardą indywidualnością?
Oj, zdecydowanie.

Nie można Cię zagiąć?
Można. Jestem indywidualnością z tego względu, że nawet jeśli wszyscy się ode mnie odwrócą, to  poradzę sobie sama. Nawet w życiu zawsze jak mam problem staram się go najpierw rozwiązać na własną rękę, a dopiero jak jest bardzo źle, to proszę o pomoc bliskich. W kajakach jest podobnie, nawet jak trener mi coś podpowie, to zawsze dodam coś od siebie.

Biłaś się kiedyś?
Na serio nie - ewentualnie w przedszkolu i to zawsze chłopaków. Lubiłam to, tylko potem szli zapłakani do pani i musiałam ich przepraszać - to mnie wkurzało!

Sprawdźmy czy jesteś taka twarda! Masz jakieś wspomnienie z dzieciństwa, które od razu przychodzi ci do głowy?
Mam - mój tata był wojskowym, mieszkamy niedaleko jednostki w Choszcznie przy jedynej brukowanej ulicy w naszym mieście. Pamiętam, jak maszerowali nią w szeregu żołnierze i zawsze szłam obok, czasami też ukrywałam się w krzakach i udawałam, że do nich strzelam. Tratatata! Żołnierze nie mogli reagować, ale ich dowódca znał mojego tatę i zawsze odpowiadał mi serią udawanych strzałów. To było fajne!

A kim chciałaś zostać jak byłaś małą Mają?
Tata mnie fascynował. Chciałam skończyć szkołę oficerską i ustawiać młodych szczyli. Na pewno też trochę przez mój charakter. Zawsze taka byłam - w podstawówce, jak miałam jeszcze oceny opisowe, zawsze w uwagach miałam wpisane, że muszę rządzić grupą.


No tak, córka wojskowego nie może dać sobie w kaszę dmuchać! Przejdźmy do czasu, jak już byłaś trochę starsza. Pokolenie, do którego należymy, czyli tzw. Milenialsi, słynie z tego, że decyduje się na opuszczenie rodzinnego domu dopiero po 30-tce. Ty przeprowadziłaś się do Poznania, gdy miałaś 14 lat... jak to wyglądało?
Od razu po świętach w drugiej klasie gimnazjum przeprowadziłam się do Poznania. To było duże przeżycie, nie tylko dla mnie. Najpierw mieszkałam w internacie na Dębcu, musiałam wstawać bardzo wcześnie, żeby dojechać do szkoły i na treningi. Mieliśmy tam koedukacyjne łazienki, najgorsze było to, że jak chciałam umyć zęby, to przy każdej z pięciu umywalek stał piłkarz i układał włosy - doprowadzało mnie to do szału!

A decyzję o przeprowadzce podjęłaś wspólnie z rodzicami, czy raczej musiałaś ich długo na to namawiać?
Musiałam ich namawiać. Najpierw chciałam się przeprowadzić od razu po skończeniu szkoły podstawowej - trener z Wałcza mnie zachęcał i tam też mieszkałabym w internacie. Miałam już jednak kilku znajomych z Poznania, dzięki nim też zaczęłam myśleć o stolicy Wielkopolski i zauważyłam zbyt wiele minusów przeniesienia się do Wałcza. Poza tym mój brat też już tu mieszkał i wiedziałam, że za kilka lat zacznę tu studiować.

Po dwóch miesiącach rodzice pękli, przeprowadziłam się i zaczęłam trenować w poznańskim AZS-ie. Największym mankamentem tej decyzji było to, że jak czasami tęskniłam, narzekałam, rozmawiając z rodzicami przez telefon, to zawsze słyszałam: To był Twój wybór.  I wtedy nauczyłam się nie narzekać.

Czyli rozłąka od rodziców nie była łatwa?
Początkowo mi się podobało. Wiadomo, czułam się dorosła i wolna. Potem było trochę gorzej, brakowało mi rodzinnego ciepła, domowych obiadów, ale przede wszystkim musiałam się usamodzielnić.

Jedni mówią, że początki pełnoletniości to najlepszy okres w życiu, drudzy - że najtrudniejszy. Jak jest u ciebie, przeraża Cię coś w dorosłym życiu?
Już od dłuższego czasu muszę żyć właściwie na własną rękę. Mam to szczęście, że ciągle mogę liczyć na swoich rodziców. Problemy traktuję jako wyzwanie, chociaż staram się unikać tarapatów. Mam też dwoje rodzeństwa w Poznaniu, w razie większych problemów, zawsze mogę się do nich zwrócić o pomoc.

Starasz się żyć kolejnym dniem, czy raczej marzenia o Igrzyskach i mistrzostwach świata dają Ci motywację do dalszej pracy?
Raczej żyję chwilą, zbyt często życie waliło mi się w jednym momencie, żeby wybiegać tak daleko w przyszłość.

Czyli nie masz takich myśli?
W tej kwestii jestem rozdarta – z jednej strony wiadomo, że chciałabym wyjechać na Igrzyska, wspominać to potem z dziećmi i wnukami, pokazywać im swój olimpijski medal. Ale z drugiej strony, widzę jak dziewczyny, które były reprezentantkami Polski, dopiero po 30-tce kończą karierę i zaczynają życie normalnej dziewczyny. Ja bym chciała to połączyć, ale wiem, że tak się nie da i albo jesteś kajakarką na 100%, albo żoną i matką. Cały czas wierzę, że pojadę na Igrzyska, stanę na podium i powiem sobie: Koniec. Masz, co chciałaś.

Masz jeszcze dużo czasu. W 2024 na Igrzyskach w Paryżu będziesz miała 26 lat, to dobry wiek do zdobywania medali.
Tak, jednak podchodzę do tego realistycznie. Chciałabym bardzo, ale to będzie trudne – szczególnie pogodzenie życia sportowego z osobistym. Coraz trudniej jest mi wkładać w to tyle serducha, jak to było na początku.

To, że przez długi czas nie byłaś w kadrze Polski obniża Twoje szanse?
Byłam w kadrze Polski jako juniorka. Na początku w sprincie, a potem przeszłam do maratonu, w którym pływa się na znacznie dłuższych dystansach (od 20 km) w osadach jedno lub dwuosobowych. Stratowałam w tym z tego względu, że mam organizm przeznaczony do sportów wytrzymałościowych. Żadna dziewczyna w Polsce się tym nie zajmuje, więc czuję się w tym trochę specjalistką. W sprincie nie byłam najlepsza, ale dzięki maratonowi pojechałam w ciągu dwóch lat na cztery imprezy mistrzowskie - po dwa razy na mistrzostwa świata i Europy.

Kajakarstwo nie jest raczej drogim sportem, rezygnacja z kariery nie powinna zaboleć rodzinnego portfela?
Nie jest drogie, ale nie jest też opłacalne. Bardzo trudno jest dostać stypendium od miasta albo od Marszałka województwa. Ja zajęłam ósme miejsce na mistrzostwach świata w niemieckim Brandenburgu co uznaję za naprawdę dobry wynik, ale niestety nie mogłam liczyć na żadne stypendium,. Tak to jest, jak się ma olimpijczyków w mieście. 

Już na koniec - nie miałem problemu, żeby namówić cię na ten wywiad. Dlaczego?
Mimo trudnego charakteru jestem otwarta na ludzi. Lubię pomagać, ale też uwielbiam opowiadać o tym, co sprawia mi największą frajdę. Bardzo mnie boli, że ludzie tak mało wiedzą o kajakarstwie. Dlatego też studiuję dziennikarstwo i nawet jeśli nie pojadę na Igrzyska, i nie zdobędę medalu, to wierzę, że przyczynię się do zwiększenia popularności tego sportu w mediach. To mój cel!

Autor: Mateusz Włodarczyk | @mtj_wlodarczyk |  mt.j.wlodarczyk@gmail.com | foto: Patrycja Langner / Archiwum prywatne Mai Kozłowskiej

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

tv